﻿<?xml version="1.0" encoding="utf-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>BooksLand - Świat Książek</title>
	<atom:link href="http://booksland.com.pl/index.php/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://booksland.com.pl</link>
	<description>Fragmenty oraz recenzje ciekawych pozycji wydawniczych</description>
	<lastBuildDate>Sun, 19 Feb 2012 21:51:04 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.1.3</generator>
		<item>
		<title>Haruki Murakami &#8211; 1Q84 Tom 2</title>
		<link>http://booksland.com.pl/index.php/2012/01/04/haruki-murakami-1q84-tom-2/</link>
		<comments>http://booksland.com.pl/index.php/2012/01/04/haruki-murakami-1q84-tom-2/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 04 Jan 2012 21:52:12 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jacek</dc:creator>
				<category><![CDATA[Haruki Murakami]]></category>
		<category><![CDATA[Literatura piękna]]></category>
		<category><![CDATA[literatura piękna]]></category>
		<category><![CDATA[sensacja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://booksland.com.pl/?p=530</guid>
		<description><![CDATA[Fragment: &#8222;W godzinach popołudniowych dnia… ujawniono, że autorka bestsellerowej powieści Powietrzna poczwarka, „Fukaeri”, znana także jako Eriko Fukada (17 l.), zniknęła bez śladu. Profesor Takayuki Ebisuno (63 l.), antropolog kulturowy będący opiekunem dziewczyny, zgłosił jej zniknięcie w komisariacie w Ōme. Podobno 27 czerwca Eriko nie wróciła do domu w Ōme ani do mieszkania w centrum [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignleft" src="http://merlin.pl/1Q84-tom-2_Haruki-Murakami,images_big,1,978-83-7495-936-0.jpg" alt="" width="203" height="287" />Fragment:</p>
<p>&#8222;W godzinach popołudniowych dnia… ujawniono, że autorka bestsellerowej powieści Powietrzna<br />
poczwarka, „Fukaeri”, znana także jako Eriko Fukada (17 l.), zniknęła bez śladu. Profesor Takayuki<br />
Ebisuno (63 l.), antropolog kulturowy będący opiekunem dziewczyny, zgłosił jej zniknięcie w<br />
komisariacie w Ōme. Podobno 27 czerwca Eriko nie wróciła do domu w Ōme ani do mieszkania w<br />
centrum Tokio i od tego czasu nie ma z nią kontaktu. Profesor Ebisuno powiedział dziennikarzowi<br />
w rozmowie telefonicznej, że kiedy widział Eriko po raz ostatni, była zdrowa i nie dostrzegł nic<br />
niezwykłego w jej zachowaniu, więc nie przychodzi mu do głowy żaden powód jej zniknięcia.<br />
Nigdy wcześniej nie zniknęła bez uprzedzenia i profesor bardzo się martwi, że coś mogło jej się<br />
stać. Yūji Komatsu, redaktor odpowiedzialny za wydanie Powietrznej poczwarki w wydawnictwie<br />
X, powiedział: „Książka jest od sześciu tygodni na szczycie listy bestsellerów i wzbudza wielkie<br />
zainteresowanie, ale panna Fukada nie chciała się pokazywać w środkach masowego przekazu.<br />
Nasze wydawnictwo nie wie jeszcze, czy za zniknięciem autorki kryje się chęć uniknięcia rozgłosu.<br />
Panna Fukada jest bardzo młodą i utalentowaną pisarką, po której wiele można się w przyszłości<br />
spodziewać, pragniemy więc, by jak najszybciej wróciła cała i zdrowa”. Policja prowadzi śledztwo,<br />
biorąc pod uwagę kilka różnych możliwości.<span id="more-530"></span><br />
Na obecnym etapie nie mogą w gazecie napisać nic więcej, pomyślał Tengo. Jeśli zrobią z tego<br />
wielką sensację, a Fukaeri wróci jak gdyby nigdy nic po dwóch dniach, dziennikarz wyjdzie na<br />
głupka, a i gazeta straci wiarygodność. To samo dotyczy policji. Jedni i drudzy najpierw wydają<br />
zwięzłe, neutralne oświadczenia, jakby wypuszczali balon pomiarowy, a potem zamierzają przez<br />
pewien czas obserwować sytuację i patrzeć, w którą stronę skłoni się opinia publiczna. Zrobi się z<br />
tego wielka afera, dopiero kiedy temat podejmą tygodniki i zacznie się o tym mówić w<br />
telewizyjnych programach informacyjnych. Ale do tego czasu zostało jeszcze kilka dni.<br />
Nie było jednak wątpliwości, że prędzej czy później zrobi się gorąco. Powietrzna poczwarka<br />
została bestsellerem, a autorka, Fukaeri, była niezwykle urodziwą siedemnastoletnią dziewczyną. I<br />
zniknęła bez śladu. Musi się zrobić szum. Prawdopodobnie tylko cztery osoby na całym świecie<br />
wiedzą, że nie została porwana, ale gdzieś się ukrywa. Oczywiście wie ona sama. Wie też Tengo. I<br />
wiedzą profesor Ebisuno i jego córka Azami. Poza nimi nikt nie ma pojęcia, że ten szum wokół<br />
zniknięcia Fukaeri to trik mający przyciągnąć uwagę opinii publicznej.<br />
Tengo nie potrafił ocenić, czy powinien się cieszyć, czy niepokoić tym, że wie. Pewnie powinien<br />
się cieszyć. Bo nie musi się o nią martwić. Jest w bezpiecznym miejscu. Lecz jednocześnie nie ma<br />
wątpliwości, że on sam tkwi po uszy w tych kombinacjach. Profesor Ebisuno podważył łomem<br />
wielką, pechową skałę, tak że dostało się pod nią światło słoneczne, a teraz czeka, żeby zobaczyć,<br />
co spod niej wypełźnie. Tengo niechętnie musi stać u jego boku, choć sam wcale nie chce wiedzieć,<br />
co się wyłoni. W miarę możliwości wolałby tego nie oglądać. Przecież wiadomo, że to będzie coś<br />
chorego, z czego wynikną same kłopoty. Ale zdawało mu się, że nie może odejść i musi zobaczyć,<br />
co się kryje pod skałą.<br />
Dopił kawę, zjadł grzanki i jajko i wyszedł z kawiarni, zostawiając tam przeczytaną gazetę. Wrócił<br />
do domu, umył zęby, wziął prysznic i przygotował się do pójścia na kursy.<br />
W czasie przerwy południowej przyszedł do niego jakiś nieznajomy. Tengo skończył<br />
przedpołudniowe zajęcia i siedział właśnie w pokoju nauczycielskim, przeglądając poranne<br />
wydania gazet, których jeszcze nie czytał. Sekretarka dyrektora powiedziała Tengo, że ktoś na<br />
niego czeka. Była o rok starsza od Tengo i bardzo kompetentna. Oficjalnie miała etat sekretarki,<br />
lecz praktycznie to ona zarządzała całą szkołą. Nie dało się jej nazwać pięknością, jej rysy<br />
wydawały się zbyt nieregularne, ale miała dobrą figurę i znakomicie się ubierała.<br />
– Ten pan nazywa się Ushikawa – powiedziała.<br />
Tengo nie pamiętał nikogo o takim nazwisku.<br />
Z jakiegoś powodu lekko się skrzywiła. – Mówi, że to ważna sprawa i w miarę możności chciałby<br />
porozmawiać z tobą w cztery oczy.<br />
– Ważna sprawa? – powtórzył zdziwiony Tengo. Nie zdarzało się, żeby ktoś przychodził do niego<br />
na kursy w ważnej sprawie.<br />
– Pokój do przyjmowania interesantów jest wolny, więc tam go zaprowadziłam. Chociaż, prawdę<br />
mówiąc, taki mało ważny pracownik jak ty nie powinien z niego korzystać.<br />
– Dziękuję – powiedział Tengo i przywołał na twarz uśmiech.<br />
Jednak ona nie zwróciła na to uwagi, tylko zafurkotała połami nowego letniego żakietu od agnès b.<br />
i odeszła gdzieś szybkim krokiem.<br />
Ushikawa był niewysokim mężczyzną wyglądającym na czterdzieści parę lat. Tułów miał gruby,<br />
pozbawiony wcięć, do tego podwójny podbródek. Tengo nie był do końca pewien, ile może mieć<br />
lat. Z powodu szczególnego, czy raczej niecodziennego, wyglądu trudno było skompletować w<br />
myślach elementy potrzebne zwykle do określenia czyjegoś wieku. Mógł być starszy, ale mógł też<br />
być młodszy. Gdyby ktoś powiedział Tengo, że facet ma trzydzieści dwa lata, przyjąłby to bez<br />
zastrzeżeń. Podobnie, gdyby mu powiedziano, że pięćdziesiąt sześć. Zęby miał nierówne, kręgosłup<br />
skrzywiony pod dziwnym kątem, czubek wielkiej głowy nienaturalnie płaski i łysy, o<br />
nieregularnym zarysie. To płaskie miejsce przypominało lądowisko helikopterów wojskowych<br />
zbudowane na strategicznie ważnym wzgórzu. Widział takie na filmie dokumentalnym o wojnie w<br />
Wietnamie. Kępki grubych, czarnych, kręconych włosów jakby przywarły do płaskiej i<br />
nieregularnej głowy, nadmiernie urosły i bez przeszkód opadały na uszy. Te włosy<br />
dziewięćdziesięciu ośmiu osobom na sto przywiodłyby na myśl włosy łonowe. Tengo nie potrafił<br />
ocenić, z czym skojarzyłyby się pozostałym dwóm osobom.<br />
Zdawało się, że wszystko – poczynając od budowy ciała i rysów twarzy – było w nim<br />
niesymetryczne. Najpierw właśnie to rzucało się w oczy. Oczywiście każdy człowiek zawsze w<br />
większym lub mniejszym stopniu ma niesymetryczną prawą i lewą stronę, więc samo w sobie nie<br />
jest to wbrew prawom natury. Tengo także miał różnego kształtu powieki – prawa był inna niż<br />
lewa. Lewe jądro znajdowało się nieco niżej niż prawe. Nasze ciała nie są masowo produkowane w<br />
fabrykach według idealnego wzorca. Ale w przypadku tego człowieka różnica między prawą a lewą<br />
stroną wykraczała poza granice normalności. To widoczne dla każdego zachwianie równowagi<br />
mimowolnie stymulowało system nerwowy patrzącego i sprawiało, że czuł się nieswojo. Zupełnie<br />
jakby widział tego człowieka w krzywym zwierciadle, w którym wszystko odbijało się nadmiernie<br />
wyraźnie.<br />
Szary garnitur mężczyzny pokrywały niezliczone drobne zmarszczki. Przypominał ląd po przejściu<br />
lodowca. Kołnierzyk białej koszuli był z jednej strony podwinięty, węzeł krawata wykręcony,<br />
zupełnie jakby odwracał się od nieprzyjemnej konieczności istnienia w tym miejscu. Garnitur,<br />
krawat, koszula – nic na niego nie pasowało. Wzór krawata przypominał poplątany makaron<br />
namalowany w stylu impresjonistycznym przez niezbyt zdolnego studenta malarstwa. Wszystko<br />
wydawało się przypadkowe i wyglądało na kupione w tanim sklepie. Ale kiedy człowiek dłużej się<br />
przyglądał, zaczynało mu się robić bardziej żal ubrania niż jego właściciela. Tengo prawie nie<br />
przejmował się tym, co na siebie wkładał, ale z jakiegoś powodu dziwnie zwracał uwagę na strój<br />
innych. Gdyby miał wybrać spośród ludzi spotkanych w ciągu ostatnich dziesięciu lat tych<br />
najgorzej ubranych i sporządzić ich listę, ten człowiek na pewno by się na niej znalazł. Nie tylko<br />
był źle ubrany. Robił wrażenie, jakby celowo bluźnił przeciwko samej idei stroju.<br />
Kiedy Tengo wszedł do pokoju, w którym przyjmowano interesantów, tamten wstał, wyjął<br />
wizytówkę i z ukłonem podał ją Tengo. Widniało na niej imię i nazwisko po japońsku, a pod<br />
spodem alfabetem łacińskim: Toshiharu Ushikawa. A jeszcze niżej: Dyrektor Fundacji Wspierania<br />
Nowej Japońskiej Nauki i Sztuki. Fundacja mieściła się w Kōjimachi w dzielnicy Chiyoda, podano<br />
też telefon. Tengo oczywiście nie wiedział nic ani o Fundacji Wspierania Nowej Japońskiej Nauki i<br />
Sztuki, ani na czym polegała funkcja jej dyrektora. Ale wizytówka była elegancka, z wytłoczonym<br />
emblematem, nie wyglądała na coś wydrukowanego prowizorycznie. Tengo przyglądał jej się przez<br />
chwilę, a potem jeszcze raz spojrzał na mężczyznę. Ten człowiek zupełnie nie robi wrażenia<br />
dyrektora Fundacji Wspierania Nowej Japońskiej Nauki i Sztuki, pomyślał.<br />
Usiedli naprzeciw siebie na fotelach po dwóch stronach niskiego stolika. Mężczyzna otarł<br />
chusteczką pot z czoła, kilka razy mocno je pocierając, i wsadził tę nieszczęsną chusteczkę z<br />
powrotem do kieszeni marynarki. Pani z recepcji podała im herbatę. Tengo podziękował jej.<br />
Ushikawa się nie odezwał.<br />
– Najmocniej przepraszam, że przeszkadzam panu podczas przerwy i że przyszedłem, nie<br />
umówiwszy się wcześniej – przeprosił po odejściu recepcjonistki Ushikawa. Słowa były zasadniczo<br />
grzeczne, ale w jego tonie było coś dziwnie bezczelnego. Ten ton nie przypadł Tengo do gustu. –<br />
Ale zaraz, czy pan miał czas coś zjeść? Gdyby pan wolał, możemy gdzieś pójść i porozmawiać<br />
podczas posiłku.<br />
– Nie jem w pracy lunchu – odparł Tengo. – Zjadam coś lekkiego po popołudniowych zajęciach.<br />
Proszę się tym nie martwić.<br />
– Oczywiście. To w takim razie pozwolę sobie wyłuszczyć sprawę. Tutaj chyba będziemy mogli<br />
spokojnie, bez pośpiechu porozmawiać. – Rozejrzał się po wnętrzu, jakby je oceniał.<br />
Pokój nie był szczególnie imponujący. Na ścianie wisiał duży obraz olejny przedstawiający jakieś<br />
góry. Uwagę zwracało jedynie to, że malarz musiał zużyć dużo farby. W wazonie ułożono kwiaty<br />
przypominające dalie. Drętwe rośliny przywodzące na myśl mało rozgarniętą kobietę w średnim<br />
wieku. Tengo nie miał pojęcia, po co szkole oferującej kursy przygotowawcze na studia potrzebny<br />
jest taki ponury pokój do przyjmowania interesantów.<br />
– Zapomniałem się przedstawić. Nazywam się Ushikawa, jak pan widzi na wizytówce. Wszyscy<br />
przyjaciele mówią na mnie Ushi[1]. Nikt się do mnie nie zwraca pełnym nazwiskiem – Ushikawa.<br />
Jestem zwykle tylko Ushi – oznajmił Ushikawa i uśmiechnął się.<br />
Przyjaciele? Czy ktoś miałby ochotę zaprzyjaźnić się z tym człowiekiem? Tengo szczerze wątpił.<br />
To pytanie zrodziło się z czystej ciekawości.<br />
Prawdę mówiąc, pierwsze wrażenie, jakie zrobił na nim ten człowiek, było bliskie wstrętu.<br />
Przywodził na myśl coś obrzydliwego, co wypełzło z jakiejś ciemnej dziury w ziemi. Coś<br />
nieokreślonego, galaretowatego, co nie powinno wychodzić na światło dzienne. Może profesor<br />
Ebisuno przypadkiem wywabił spod skały właśnie jego. Tengo nieświadomie zmarszczył brwi i<br />
odłożył na stolik wizytówkę. Toshiharu Ushikawa – tak się ten człowiek nazywał.<br />
– Na pewno jest pan zajęty, więc nie będę tracił czasu na długie wstępy. Przejdę od razu do sedna –<br />
powiedział Ushikawa.<br />
Tengo lekko skinął głową.<br />
Ushikawa wypił łyk herbaty, a potem zaczął mówić.<br />
– Przypuszczalnie nie słyszał pan nigdy o Fundacji Wspierania Nowej Japońskiej Nauki i Sztuki.<br />
(Tengo przytaknął). To stosunkowo nowa fundacja, w centrum naszej działalności jest znajdowanie<br />
przedstawicieli młodego pokolenia działających indywidualnie w dziedzinie nauki lub sztuki –<br />
chodzi szczególnie o osoby jeszcze niezbyt znane – i wspieranie ich. Innymi słowy, celem naszym<br />
jest dbanie o młode pędy, które będą dźwigać ciężar nowych czasów we wszystkich dziedzinach<br />
współczesnej kultury japońskiej. Zatrudniamy osoby, które zbierają dla nas informacje i pomagają<br />
nam znaleźć odpowiednich kandydatów z różnych dziedzin. Każdego roku wybieramy pięciu ludzi<br />
sztuki albo nauki i oferujemy im granty. Przez rok mogą robić, co sobie życzą. Nie ma żadnych<br />
ukrytych wymagań. Tylko pod koniec roku oczekujemy sprawozdania – ale to czysta formalność.<br />
Wystarczy zwięźle napisać, jaką działalność prowadziło się przez rok i jakie wydała owoce.<br />
Zamieszczamy to w biuletynie, który publikujemy. Nie ma żadnych kłopotliwych formalności.<br />
Dopiero rozpoczęliśmy naszą działalność, więc ważne jest pozostawienie konkretnych śladów<br />
naszych osiągnięć. Innymi słowy, jesteśmy jeszcze na etapie zasiewania nasion. Konkretnie<br />
mówiąc, każda osoba otrzymuje grant w wysokości trzech milionów jenów rocznie&#8230;&#8221;</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Murakami w mistrzowski sposób buduje fantastyczne postaci, równoległe  światy, zaciera granice między rzeczywistością a literaturą. 1Q84 to  opowiadana na przemian historia kobiety i mężczyzny, Aomame i Tengo,  sensacyjna, chwilami wręcz przerażająca.</p>
<p>Oboje w dzieciństwie  dobrze się znali i wszystko wskazuje na to, że ich ścieżki znowu się  skrzyżują. Ona jest instruktorką sztuk walki, masażystką, a po godzinach  perfekcyjną morderczynią. On &#8211; wykładowcą matematyki, a w wolnych  chwilach początkującym pisarzem i redaktorem.</p>
<p>Aomame dostaje  się do innej rzeczywistości. Ona i Tengo desperacko próbują się  odnaleźć. Aomame postanawia powrócić do normalnego świata, a gdy to się  jej nie udaje, podejmuje decyzję o samobójstwie. Ma nadzieję, że w ten  sposób porzuci drugą siebie żyjącą w roku 1Q84 i powróci do zwykłego  roku 1984. W tym samym czasie Tengo postanawia, że spróbuje żyć w  świecie, w którym na niebie unoszą się dwa księżyce, bo wie, że tylko w  nim może spotkać swoją Aomame.</p>
<h2><span style="color: #800000;">Cena: 34,20 </span><a href="https://ssl.afiliant.com/server/affskrypt.php?b=832&amp;d=2&amp;f=44&amp;u=(http%3A%2F%2Fwww.albertus.pl%2Fksiazka-1q84-t-2-haruki-murakami-1085600%2F)" target="_blank"><span style="color: #800000;">Sprawdź dostępność→</span></a></h2>
<p>&nbsp;<br />
Autor: Haruki Murakami<br />
Wydawnictwo: Muza , Luty 2011<br />
ISBN: 978-83-7495-936-0<br />
Liczba stron: 416<br />
Wymiary: 145 x 205 mm</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://booksland.com.pl/index.php/2012/01/04/haruki-murakami-1q84-tom-2/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>George R. R. Martin &#8211; Pieśń Lodu i Ognia #3 &#8211; Nawałnica mieczy 01 &#8211; Stal i śnieg</title>
		<link>http://booksland.com.pl/index.php/2011/12/07/george-r-r-martin-piesn-lodu-i-ognia-3-nawalnica-mieczy-01-stal-i-snieg-pdf/</link>
		<comments>http://booksland.com.pl/index.php/2011/12/07/george-r-r-martin-piesn-lodu-i-ognia-3-nawalnica-mieczy-01-stal-i-snieg-pdf/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 07 Dec 2011 11:12:30 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jacek</dc:creator>
				<category><![CDATA[Fantastyka]]></category>
		<category><![CDATA[Fantasy]]></category>
		<category><![CDATA[George R. R. Martin]]></category>
		<category><![CDATA[fantastyka]]></category>
		<category><![CDATA[fantasy]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://booksland.com.pl/?p=525</guid>
		<description><![CDATA[Notatka na temat chronologii: Pieśń Lodu i Ognia jest opowiadana z punktu widzenia postaci, które dzielą od siebie setki, a niekiedy nawet tysiące mil. Wydarzenia opisywane w pewnych rozdziałach trwają dzień bądź tylko godzinę, te zaś, o których mowa w innych, dwa tygodnie, miesiąc czy pół roku. Przy takiej kompozycji narracja nie może być ściśle [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><strong><img class="alignright" src="http://selkar.pl/images/8/84/nawalnica-mieczy-stal-i-snieg-tom-martin-george-rr-300-60348.jpg" alt="" width="216" height="321" />Notatka na temat chronologii:</strong><br />
Pieśń Lodu i Ognia jest opowiadana z punktu widzenia postaci, które dzielą od siebie setki, a niekiedy nawet tysiące mil. Wydarzenia opisywane w pewnych rozdziałach trwają dzień bądź tylko godzinę, te zaś, o których mowa w innych, dwa tygodnie, miesiąc czy pół roku. Przy takiej kompozycji narracja nie może być ściśle chronologiczna. Niekiedy ważne rzeczy dzieją się jednocześnie tysiące mil od siebie.<br />
W przypadku obecnego tomu czytelnik powinien wiedzieć, że pierwsze rozdziały Nawałnicy mieczy rozgrywają się nie po ostatnich rozdziałach Starcia królów, lecz raczej jednocześnie z nimi. Zaczynam książkę od przedstawienia wydarzeń, do których doszło na Pięści Pierwszych Ludzi, w Riverrun, Harrenhal i na Tridencie podczas stoczonej pod Królewską Przystanią bitwy nad Czarnym Nurtem, oraz wypadków, które nastąpiły po niej&#8230;<br />
George R.R. Martin</p>
<p>&nbsp;</p>
<p style="text-align: center;">Fragment książki:</p>
<p style="text-align: left;">&#8222;Ser Desmond Grell całe życie służył rodowi Tullych. Kiedy Catelyn się urodziła, był giermkiem, gdy nauczyła się chodzić, jeździć konno i pływać, rycerzem, a kiedy wyszła za mąż, dowódcą zbrojnych. Mała Cat lorda Hostera na jego oczach stała się młodą kobietą, żoną wielkiego lorda i matką króla. A teraz zobaczył, jak zostałam zdrajczynią.<span id="more-525"></span><br />
Wyruszając na bitwę, jej brat Edmure mianował ser Desmonda kasztelanem Riverrun, i to on musiał zająć się sprawą jej zbrodni. Żeby ułatwić sobie zadanie, przyprowadził ze sobą zarządcę jej ojca, ponurego Utherydesa Wayna. Mężczyźni wpatrywali się w nią bez ruchu: ser Desmond tęgi, rumiany i zawstydzony; Utherydes poważny, wychudzony i melancholijny. Obaj czekali, aż drugi zacznie mówić. Poświęcili życie na służbę mojemu ojcu, a ja się im odwdzięczyłam hańbą – pomyślała znużona Catelyn.<br />
– Twoi synowie – odezwał się wreszcie ser Desmond. – Maester Vyman nam powiedział. Biedni chłopcy. To straszne. Straszne. Ale&#8230;<br />
– Dzielimy twój smutek, pani – wtrącił Utherydes Wayn. – Całe Riverrun pogrążyło się z tobą w żałobie, ale&#8230;<br />
– Ta wiadomość z pewnością doprowadziła cię do szaleństwa – przerwał mu ser Desmond. – Żałoba spowodowała obłęd, obłęd matki. Ludzie to zrozumieją. Nie wiedziałaś&#8230;<br />
– Wiedziałam – sprzeciwiła się stanowczo Catelyn. – Zdawałam sobie sprawę, co robię, i byłam świadoma, że to zdrada. Jeśli mnie nie ukarzecie, ludzie pomyślą, że wspólnie uknuliśmy spisek, by uwolnić Jaime’a Lannistera. To była wyłącznie moja wina i tylko ja powinnam ponieść odpowiedzialność. Jeśli tak się musi stać, zakujcie mnie w pozostałe po Królobójcy łańcuchy i będę nosiła je z dumą.<br />
– W łańcuchy? – Samo to słowo przyprawiło biednego ser Desmonda o szok. – Matkę króla, córkę mojego lorda? To wykluczone.<br />
– Pani, może zgodziłabyś się na areszt domowy w swej komnacie do czasu powrotu ser Edmure’a? – zaproponował zarządca Utherydes Wayn. – Mogłabyś spędzić trochę czasu w samotności, pomodlić się za zamordowanych synów.<br />
– Tak – zgodził się ser Desmond. – Najodpowiedniejsza byłaby komnata w wieży.<br />
– Jeśli mam być uwięziona, to najlepiej w komnatach ojca, żebym mogła służyć mu pociechą w jego ostatnich chwilach.<br />
Ser Desmond zastanawiał się chwilę.<br />
– Zgoda. Nie zabraknie ci wygód i będziesz traktowana z szacunkiem, ale musimy ci odebrać wolność w obrębie zamku. Możesz chodzić do septu, kiedy tylko zechcesz, ale poza tym nie opuszczaj komnat lorda Hostera aż do powrotu lorda Edmure’a.<br />
– Jak sobie życzysz. – Jej brat nie był lordem, dopóki żył lord Hoster, ale Catelyn nie zamierzała poprawiać ser Desmonda. – Jeśli musicie, przydzielcie mi strażnika, ale macie moje słowo, że nie będę próbowała ucieczki.<br />
Ser Desmond skinął głową, wyraźnie zadowolony, że uporał się już z tym przykrym zadaniem, lecz Utherydes Wayn o smutnym spojrzeniu został w komnacie jeszcze chwilę po jego wyjściu.<br />
– Popełniłaś ciężki występek, pani, ale i tak nic z tego nie wyniknie. Ser Desmond wysłał w pościg ser Robina Rygera, nakazując mu sprowadzić Królobójcę żywcem&#8230; a gdyby mu się nie udało, jego głowę.<br />
Catelyn nie była tym zaskoczona. Oby Wojownik dodał siły twemu ramieniu, Brienne – modliła się. Zrobiła wszystko, co mogła, i teraz pozostała jej jedynie nadzieja.<br />
Przeniesiono jej rzeczy do komnaty ojca. Dominowało w niej wielkie łoże z baldachimem, na którym się urodziła. Jego kolumnom nadano kształt skaczących pstrągów. Jej ojca przeniesiono pół piętra niżej. Łoże chorego ustawiono na wprost trójkątnego balkonu jego samotni. Było z niego widać rzeki, które zawsze tak bardzo kochał.<br />
Gdy Catelyn znalazła się w środku, lord Hoster spał. Wyszła na balkon i oparła dłoń na szorstkiej kamiennej balustradzie. Za ostrym końcem zamkowych murów wartki Kamienny Nurt łączył swe wody ze spokojnymi Czerwonymi Widłami i jej wzrok sięgał daleko w dół rzeki. Jeśli na wschodzie pojawi się pasiasty żagiel, to będzie znaczyło, że wraca ser Robin. Na razie powierzchnia wód była pusta. Podziękowała za to bogom i wróciła do ojca.<br />
Nie wiedziała, czy lord Hoster zdaje sobie sprawę z jej obecności i czy w czymkolwiek mu ona pomaga, jego bliskość natomiast dodawała jej otuchy. Co byś powiedział o mojej zbrodni, ojcze? – zastanawiała się. Czy postąpiłbyś tak samo, gdybyśmy z Lysą wpadły w ręce wrogów, czy ty również byś mnie potępił i nazwał to obłędem matki?<br />
Komnatę wypełniała woń śmierci, ciężka, słodkawa i obrzydliwa. Przypominała jej utraconych synów, słodkiego Brana i małego Rickona, zabitych przez Theona Greyjoya, który był podopiecznym Neda. Nadal opłakiwała Neda, będzie go opłakiwała aż do śmierci, ale żeby stracić też dzieci&#8230;<br />
– Utrata dziecka to straszny, okrutny cios – wyszeptała cicho, raczej do siebie niż do ojca.<br />
Lord Hoster rozchylił powieki.<br />
– Ruta – wyszeptał ochrypłym z bólu głosem.<br />
Nie poznaje mnie. Przyzwyczaiła się już do tego, że brał ją za matkę albo za Lysę, tego imienia jednak nie znała.<br />
Jestem Catelyn – wyszeptała. – Jestem Cat, ojcze.<br />
Wybacz mi&#8230; krew&#8230; och, proszę&#8230; Ruta&#8230;<br />
Czy w życiu jej ojca mogła być inna kobieta? Może jakaś wiejska dziewczyna, którą skrzywdził za młodu? Czy mógł po śmierci matki szukać pociechy w ramionach dziewki służebnej? To była dziwnie niepokojąca myśl. Nagle wydało jej się, że w ogóle nie znała ojca.<br />
– Kto to jest Ruta, ojcze? Czy mam po nią posłać? Gdzie mogę ją znaleźć? Czy jeszcze żyje?<br />
Lord Hoster jęknął.<br />
– Nie żyje. – Chwycił ją za dłoń. – Będziesz jeszcze miała inne&#8230; słodkie dzieci z prawego łoża.<br />
Inne? – pomyślała Catelyn. Czyżby zapomniał, że Ned nie żyje? Czy nadal mówi do Ruty, czy do mnie? A może do Lysy albo matki?<br />
Kaszlnął i z ust popłynęła mu krwawa ślina. Uścisnął mocno jej palce.<br />
– &#8230;bądź dobrą żoną, a bogowie cię pobłogosławią&#8230; synami&#8230; prawowitymi synami&#8230; aaachchch&#8230;<br />
Lord Hoster zacisnął dłonie w nagłym paroksyzmie bólu, wbijając paznokcie w skórę Catelyn. Z jego ust wyrwał się stłumiony krzyk.<br />
Szybko zjawił się maester Vyman, który przygotował kolejną dawkę makowego mleka i pomógł swemu panu je wypić. Po chwili lord Hoster Tully ponownie zapadł w głęboki sen.<br />
– Pytał o jakąś kobietę – oznajmiła Cat. – O Rutę.<br />
– Rutę?<br />
Maester popatrzył na nią zdziwiony.<br />
– Nie znasz nikogo o tym imieniu? Dziewki służebnej albo kobiety z jakiejś pobliskiej wioski? Może to ktoś z dawnych czasów?<br />
Catelyn opuściła Riverrun na wiele lat.<br />
– Nie, pani. Jeśli chcesz, mogę o nią zapytać. Utherydes Wayn z pewnością będzie wiedział, czy ktoś taki służył w Riverrun. Mówiłaś, Ruta? Prostaczkowie często nadają córkom imiona kwiatów albo ziół. – Maester zamyślił się. – Przypominam sobie taką wdowę, która przychodziła do zamku pytać, czy mamy stare buty, w których trzeba wymienić podeszwy. Wydaje mi się, że nazywała się Ruta. A może Szałwia? Coś w tym rodzaju. Nie przychodzi już jednak od wielu lat&#8230;<br />
– Nazywała się Fiołek – przerwała mu Catelyn, która świetnie pamiętała staruszkę.<br />
– Naprawdę? – Maester miał zawstydzoną minę. – Wybacz, lady Catelyn, ale nie mogę tu zostać dłużej. Ser Desmond powiedział, że wolno nam rozmawiać z tobą tylko o tym, czego wymagają nasze obowiązki.<br />
– W takim razie musisz wykonać jego polecenie.<br />
Nie mogła mieć pretensji do ser Desmonda. Nie dała mu powodów do zaufania i z pewnością obawiał się, że mogłaby wykorzystać lojalność, którą wciąż czuło wobec córki swego lorda wielu ludzi z Riverrun, by narobić mu jeszcze więcej kłopotów. Wreszcie mogę zapomnieć o wojnie – powiedziała sobie. Choćby tylko na krótką chwilę.<br />
Po wyjściu maestera zarzuciła wełniany płaszcz i ponownie wyszła na balkon. Blask słońca złocił przepływające obok zamku wody. Catelyn osłoniła oczy dłonią, ze strachem wypatrując odległego żagla. Nie widziała jednak nic, a to znaczyło, że jej nadzieje nie umarły.<br />
Stała tak do wieczora i przez znaczną część nocy, aż wreszcie rozbolały ją nogi. Późnym popołudniem do zamku przyleciał kruk, który skierował się do ptaszarni, poruszając leniwie wielkimi, ciemnymi skrzydłami. Czarne skrzydła, czarne słowa – pomyślała, przypominając sobie poprzedniego ptaka i grozę, którą przyniósł.<br />
Wieczorem wrócił maester Vyman, który zajął się lordem Tullym i przyniósł Catelyn skromną kolację złożoną z chleba, sera i gotowanej wołowiny z chrzanem.<br />
– Rozmawiałem z Utherydesem Waynem, pani. Jest prawie pewien, że za jego czasów w Riverrun nie służyła żadna kobieta imieniem Ruta.<br />
– Widziałam dzisiaj kruka. Czy pojmano Jaime’a?<br />
Albo zabito, bogowie brońcie?<br />
– Nie, pani, nie mamy żadnych wieści o Królobójcy.<br />
– A więc to kolejna bitwa? Czy Edmure ma kłopoty? Albo Robb. Proszę cię, okaż mi trochę serca i ugaś moje obawy.<br />
– Pani, nie powinienem&#8230; – Vyman rozejrzał się wokół, jakby chciał się upewnić, że w komnacie nikogo nie ma. – Lord Tywin opuścił dorzecze. Na brodach bez zmian.<br />
– W takim razie skąd przyleciał ten kruk?<br />
– Z zachodu – odpowiedział. Zajął się pościelą lorda Hostera, nie chcąc patrzeć jej w oczy.<br />
– Czy to wieści od Robba?<br />
Zawahał się.<br />
– Tak, pani.<br />
– Stało się coś złego. – Poznała to po jego zachowaniu. Coś przed nią ukrywał. – Powiedz mi. Czy to Robb? Czy jest ranny?<br />
Ale nie zginął, dobrzy bogowie, nie mów mi, że zginął.<br />
– Jego Miłość odniósł ranę podczas szturmu na Turnię&#8230; – Maester Vyman nadal nie odpowiadał jej wprost. – &#8230;ale pisze, że nie ma powodu do niepokoju i ma nadzieję, że wkrótce wróci.<br />
– Ranę? Jaką ranę? Czy jest poważna?<br />
– Pisze, że nie ma powodu do niepokoju.<br />
– Wszystkie rany mnie niepokoją. Czy ma odpowiednią opiekę?<br />
– Jestem tego pewien. Zajmie się nim maester Turni.<br />
– A gdzie został raniony?<br />
– Pani, zabroniono mi z tobą rozmawiać. Przykro mi.<br />
Vyman zebrał swe eliksiry i opuścił pośpiesznie komnatę. Catelyn znowu została sam na sam z ojcem. Po wypiciu makowego mleka lord Hoster zapadł w głęboki sen. Z kącika jego ust spływał wąski strumyk śliny, która zwilżała poduszkę. Catelyn wzięła płócienną chusteczkę i delikatnie wytarła plwocinę. Lord Hoster jęknął, gdy go dotknęła.<br />
– Wybacz mi – powiedział tak cicho, że ledwie słyszała jego słowa. – Ruta&#8230; krew&#8230; krew&#8230; bogowie, bądźcie łaskawi&#8230;<br />
Te słowa, choć nie potrafiła ich pojąć, wzbudziły w niej silny niepokój. Krew – pomyślała. Czy wszystko zawsze się musi sprowadzać do krwi? Ojcze, kim była ta kobieta i co jej uczyniłeś, że aż tak bardzo pragniesz jej wybaczenia?&#8221;</p>
<p style="text-align: left;">&nbsp;</p>
<p style="text-align: left;">Część 3, tom 1, sagi Pieśń Lodu i Ognia.<br />
Siedem królestw rozdarła krwawa wojna, a zima zbliża się niczym  rozwścieczona bestia. Ludzie z Nocnej Straży przygotowują się na  spotkanie z wielkim chłodem i żywymi trupami, które mu towarzyszą. Do  inwazji na północ, której świeżo wykutą koronę nosi Robb Stark, szykuje  się jednak horda głodnych, dzikich ludzi władających magią nawiedzanego  pustkowia. Siostry Robba zaginęły, nie żyją albo w każdej chwili mogą  zginąć na rozkaz króla Joffreya z rodu Lannisterów. A za morzem ostatnia  z Targaryenów wychowuje smoki, które wykluły się na pogrzebowym stosie  jej męża, gotowa pomścić śmierć ojca, ostatniego ze smoczych królów  zasiadających na Żelaznym Tronie.</p>
<p style="text-align: left;">&nbsp;</p>
<p>Wydawca: Zysk i S-ka<br />
Data wydania: Maj 2007<br />
Seria wydawnicza: Pieśń Lodu i Ognia<br />
ISBN: 978-83-7506-113-0<br />
Liczba stron: 608<br />
Format: 12,5&#215;18,5 cm<br />
Rodzaj oprawy: miękka</p>
<h2><a href="https://ssl.afiliant.com/server/affskrypt.php?b=832&amp;d=2&amp;f=44&amp;u=(http%3A%2F%2Fwww.albertus.pl%2Fksiazka-nawalnica-mieczy-1-stal-i-snieg-george-r-r-martin-167200%2F)" target="_blank">Cena książki: <span style="color: #ff0000;">31,00 zł</span> w księgarni internetowej <em><span style="color: #ff0000;">Albertus.pl</span></em></a></h2>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://booksland.com.pl/index.php/2011/12/07/george-r-r-martin-piesn-lodu-i-ognia-3-nawalnica-mieczy-01-stal-i-snieg-pdf/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>George R. R. Martin &#8211; Pieśń Lodu i Ognia #2 &#8211; Starcie królów</title>
		<link>http://booksland.com.pl/index.php/2011/12/07/george-r-r-martin-piesn-lodu-i-ognia-2-starcie-krolow/</link>
		<comments>http://booksland.com.pl/index.php/2011/12/07/george-r-r-martin-piesn-lodu-i-ognia-2-starcie-krolow/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 07 Dec 2011 10:10:03 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jacek</dc:creator>
				<category><![CDATA[Fantastyka]]></category>
		<category><![CDATA[Fantasy]]></category>
		<category><![CDATA[George R. R. Martin]]></category>
		<category><![CDATA[fantastyka]]></category>
		<category><![CDATA[fantasy]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://booksland.com.pl/?p=519</guid>
		<description><![CDATA[Fragment: &#8222;W Winterfell wołali na nią „Arya Końska Gęba” i myślała wówczas, że nic nie mogłoby być gorsze. Teraz jednak jedna z sierot, Lommy Zielona Łapka, przezwał ją „Kostropatym Łbem”. Jej głowa faktycznie wydawała się w dotyku kostropata. Gdy Yoren zawlókł ją do zaułka, myślała, że chce ją zabić, lecz ponury starzec przytrzymał ją tylko [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: center;"><img class="alignleft" src="http://merlin.pl/Piesn-lodu-i-ognia-Starcie-krolow_George-R-R-Martin,images_product,25,978-83-7506-835-1.jpg" alt="" width="207" height="295" />Fragment:</p>
<p style="text-align: left;">&#8222;W Winterfell wołali na nią „Arya Końska Gęba” i myślała wówczas, że nic nie mogłoby być gorsze. Teraz jednak jedna z sierot, Lommy Zielona Łapka, przezwał ją „Kostropatym Łbem”.<br />
Jej głowa faktycznie wydawała się w dotyku kostropata. Gdy Yoren zawlókł ją do zaułka, myślała, że chce ją zabić, lecz ponury starzec przytrzymał ją tylko mocno, ścinając sztyletem skołtunione włosy. Pamiętała całe garście brudnych, brązowych kłaków niesionych wiatrem po brukowcach w stronę septu, pod którym zginął jej ojciec.<br />
- Zabieram z miasta mężczyzn i chłopców &#8211; warknął Yoren, gdy ostra stal zadrapała jej głowę. &#8211; Siedź spokojnie, chłopcze.<br />
Kiedy skończył, jej czaszkę pokrywały tylko szczecina i nieliczne kępki włosów.<br />
Potem oznajmił jej, że nim dotrą do Winterfell będzie chłopcem, sierotą o imieniu Arry.<span id="more-519"></span><br />
- Przy bramie nie powinniśmy mieć kłopotów, ale trakt to coś całkiem innego. Czeka cię długa podróż w nieciekawym towarzystwie. Tym razem wiozę na Mur trzydziestu mężczyzn i chłopców, i niech ci się nie zdaje, że są tacy, jak ten twój bękarci brat. &#8211; Potrząsnął nią. &#8211; Lord Eddard kazał mi wyszukać ich sobie w lochach, a tam nie znalazłem małych paniątek. Połowa tej bandy w mgnieniu oka wydałaby cię królowej w zamian za ułaskawienie i może jeszcze kilka srebrników. Pozostali zrobiliby to samo, tylko najpierw by cię zgwałcili. Dlatego lepiej trzymaj się od nich z dala i chodź odlewać się do lasu, tak żeby nikt nie widział. Sikanie będzie najtrudniejsze, więc nie pij więcej, niż musisz.<br />
Tak jak zapowiadał, opuścić Królewską Przystań było łatwo. Lannisterscy strażnicy przy bramach zatrzymywali wszystkich, lecz Yoren zawołał jednego z nich po imieniu i żołnierz przepuścił ich wozy skinieniem dłoni. Nikt nawet nie spojrzał na Aryę. Szukali wysoko urodzonej dziewczynki, córki królewskiego namiestnika, a nie chuderlawego chłopaka z obciętymi włosami. Odjeżdżała stamtąd bez żalu. Chciałaby, żeby Czarny Nurt wystąpił z brzegów i zalał całe miasto, Zapchlony Tyłek, Czerwoną Twierdzę, Wielki Sept i tak dalej, a także wszystkich mieszkańców, zwłaszcza księcia Joffreya i jego matkę. Wiedziała jednak, że tak się nie stanie. Zresztą w mieście była teraz Sansa i ona również by się utopiła. Przypomniawszy sobie o tym, Arya doszła do wniosku, że lepiej modlić się o powrót do Winterfell.<br />
Yoren mylił się jednak co do sikania. To nie ono przysparzało jej najwięcej kłopotów, lecz Lommy Zielona Łapka i Gorąca Bułka. Sieroty. Yoren zwabił garstkę uliczników obietnicą jedzenia i butów. Resztę znalazł w łańcuchach.<br />
- W Straży potrzebują dobrych ludzi &#8211; oznajmił im, gdy ruszali w drogę &#8211; ale będą musieli zadowolić się wami.<br />
Wygarnął z lochów również garstkę dorosłych &#8211; złodziei, kłusowników, gwałcicieli i im podobnych. Najgorsi byli trzej mężczyźni, których znalazł w najgłębszej ciemnicy. Nawet on z pewnością się ich bał, gdyż trzymał ich skutych w wozie i przysięgał, że całą drogę na Mur spędzą w kajdanach. Jeden z nich nie miał nosa, a tylko ziejącą dziurę w miejscu, gdzie go ucięto, a drugi był obrzydliwie tłusty i łysy, miał zaostrzone zęby, ropiejące wrzody na policzkach i oczy o wyrazie pozbawionym śladu człowieczeństwa.<br />
Wyjechali z Królewskiej Przystani pięcioma wozami wyładowanymi towarami, które wieźli na Mur. Były wśród nich skóry i bele materiału, surówka w gąskach, klatka z krukami, księgi, papier i inkaust, bela kwaśnego liścia, dzbany oliwy oraz skrzynie z lekarstwami i korzeniami. Każdy z wozów ciągnięty był przez cały zaprzęg koni pociągowych. Yoren kupił też dwa rumaki pod wierzch oraz pół tuzina osłów dla chłopców. Arya wolałaby prawdziwego konia, lecz lepszy był osioł niż jazda w wozie.<br />
Mężczyźni nie zwracali na nią uwagi, lecz z chłopcami miała mniej szczęścia. Była dwa lata młodsza od najmłodszego z nich, a do tego znacznie od nich niższa i chudsza. Lommy i Gorąca Bułka uznali, że milczy dlatego, iż się boi, jest głupkowata albo głucha.<br />
- Popatrz no na ten miecz, który nosi Kostropaty Łeb &#8211; odezwał się pewnego ranka Lommy, gdy wlekli się traktem, mijając sady i pola pszenicy. Nim przyłapano go na kradzieży, był uczniem farbiarza i ręce aż po łokcie miał pokryte zielonymi cętkami. Jego śmiech przypominał porykiwanie osłów, na których jechali. &#8211; Skąd taki śmieć ma miecz?<br />
Arya przygryzła wargę zasępiona. Widziała tył wyblakłego, czarnego płaszcza Yorena. Stary<br />
jechał przed wozami, była jednak zdecydowana nie błagać go o pomoc.<br />
- Może to mały giermek &#8211; wtrącił Gorąca Bułka. Jego matka przed śmiercią zajmowała się piekarstwem. Całymi dniami pchała po ulicach swój wózek, wołając: „Gorące bułki, gorące bułki!” &#8211; Maciupci giermek jakiegoś ważnego lorda.<br />
- A gdzie tam. Popatrz tylko na niego. Założę się, że to wcale nie prawdziwy miecz tylko blaszana zabawka.<br />
Arya wściekała się, gdy żartowali sobie z Igły.<br />
- To wykuta w zamku stal, ty głupku &#8211; warknęła, odwracając się w siodle, by łypnąć na nich spode łba. &#8211; Lepiej trzymajcie gęby zamknięte na kłódkę.<br />
Obaj chłopcy zahuczeli drwiąco.<br />
- A skąd masz taki oręż, Kostropata Gębo? &#8211; zainteresował się Gorąca Bułka.<br />
- To jest Kostropaty Łeb &#8211; poprawił go Lommy. &#8211; Pewnie go ukradł.<br />
- Nieprawda! &#8211; krzyknęła. Igłę dał jej Jon Snow. Może i musiała tolerować to, że nazywali ją Kostropatym Łbem, ale nikomu nie pozwoli mówić, iż Jon jest złodziejem.<br />
- Jeśli jest kradziony, moglibyśmy mu go zabrać &#8211; ciągnął Gorąca Bułka. &#8211; W końcu i tak nie jest jego własnością. Przydałby mi się taki miecz.<br />
- No to zrób to &#8211; podpuścił go Lommy. &#8211; Pokaż, co potrafisz.<br />
Gorąca Bułka kopnął osła i podjechał do Aryi.<br />
- Hej, Kostropaty Łbie, dawaj ten miecz. &#8211; Włosy miał jasne jak słoma, a ze spalonej słońcem twarzy złaziła mu skóra. &#8211; I tak nie umiesz się nim posługiwać.<br />
Umiem &#8211; mogłaby powiedzieć Arya. Zabiłam już kiedyś chłopca, takiego grubasa jak ty. Dźgnęłam go w brzuch i umarł. Ciebie też zabiję, jeśli nie dasz mi spokoju. Zabrakło jej jednak odwagi. Yoren nic nie wiedział o chłopcu stajennym i bała się tego, co mógłby jej zrobić, gdyby o nim usłyszał. Była przekonana, że niektórzy z mężczyzn w karawanie również mieli na sumieniu zabójstwa, a już z pewnością ci trzej, którzy jechali skuci kajdanami, ich jednak nie poszukiwała królowa, trudno więc było to porównywać.<br />
- Popatrz na niego &#8211; ryczał Lommy Zielona Łapka. &#8211; Założę się, że znowu się rozbeczy. Będziesz beczeć, Kostropaty Łbie?<br />
Ostatniej nocy płakała przez sen. Śnił jej się ojciec. Rankiem oczy miała czerwone i suche. Nie mogłaby przelać ani jednej łzy więcej, nawet gdyby zależało od tego jej życie.<br />
- Raczej zleje się w portki &#8211; zasugerował Gorąca Bułka.<br />
- Dajcie mu spokój &#8211; odezwał się chłopak o potarganych, czarnych włosach, który jechał za nimi. Lommy nazywał go Bykiem z uwagi na jego ozdobiony rogami hełm, który cały czas polerował, lecz nigdy go nie zakładał. Zielona Łapka bał się szydzić z Byka, który był od niego<br />
starszy i wysoki jak na swój wiek. Miał też szeroką pierś i silnie umięśnione ramiona.<br />
- Lepiej oddaj Gorącej Bułce miecz, Arry &#8211; ciągnął Lommy. &#8211; Bardzo chce go dostać. Kiedyś skopał chłopaka na śmierć. Założę się, że z tobą zrobi to samo.<br />
- Zwaliłem go na ziemię i kopnąłem w jaja. Kopałem go tak długo, aż umarł &#8211; przechwalał się Gorąca Bułka. &#8211; Wykończyłem go w trymiga. Jaja mu pękły, a kutas zrobił się czarny. Lepiej daj mi ten miecz.<br />
Arya wyjęła zza pasa miecz ćwiczebny.<br />
- Możesz dostać ten &#8211; zaproponowała, chcąc uniknąć bójki.<br />
- To zwykły patyk.<br />
Podjechał bliżej i spróbował złapać rękojeść Igły.<br />
Kij Aryi przeciął ze świstem powietrze, uderzając w ośli zad. Zwierzę wierzgnęło z głośnym rykiem i Gorąca Bułka zleciał z jego grzbietu. Dziewczynka zeskoczyła ze swego osła i dźgnęła w brzuch grubasa, który właśnie próbował się podnieść. Chłopak chrząknął i klapnął ciężko na ziemię. Potem smagnęła go w twarz. Nos trzasnął głośno jak złamana gałąź. Z nozdrzy popłynęła krew. Gorąca Bułka zawył. Arya odwróciła się błyskawicznie ku Lommy’emu Zielonej Łapce, który siedział na ośle, rozdziawiając usta.<br />
- Ty też chcesz dostać miecz? &#8211; wrzasnęła. Nie chciał. Zasłonił twarz zielonymi dłońmi i pisnął głośno, błagając, by go zostawiła.<br />
- Za tobą! &#8211; krzyknął Byk. Arya znowu się odwróciła. Gorąca Bułka dźwignął się na kolana. W dłoni ściskał duży, kanciasty kamień. Pozwoliła mu nim cisnąć i uchyliła się przed pociskiem. Potem rzuciła się na przeciwnika. Uniósł dłoń, lecz odtrąciła ją. Zdzieliła go w policzek, a potem w kolano. Spróbował ją złapać, ale wymknęła się tanecznym krokiem, uderzając go drewnianym mieczem w tył głowy. Padł na ziemię, po czym podniósł się i zatoczył w jej kierunku. Opaloną na czerwono twarz miał usmarowaną ziemią i krwią. Arya płynnym ruchem przyjęła postawę wodnego tancerza i czekała na atak. Gdy grubas się zbliżył, skoczyła naprzód i trafiła go prosto między nogi, tak mocno, że gdyby drewniany oręż był ostro zakończony, wyszedłby z jego ciała między pośladkami.<br />
Kiedy Yoren odciągnął ją od niego, Gorąca Bułka leżał na ziemi, a portki miał brązowe i cuchnące. Płakał głośno, gdy miecz Aryi spadał na niego raz za razem.<br />
- Dość tego &#8211; ryknął czarny brat, wyrywając jej z rąk drewno. &#8211; Chcesz zabić tego głupka? &#8211; Gdy Lommy i niektórzy z pozostałych zaczęli piszczeć, stary nakrzyczał również i na nich. &#8211; Zamknijcie gęby albo ja wam je zamknę. Jeśli to się powtórzy, przywiążę was za wozami i powlokę na Mur. &#8211; Splunął. &#8211; Ciebie dotyczy to szczególnie, Arry. Chodź ze mną, chłopcze. I to już.<br />
Wszyscy gapili się na nią, nawet trzech zakutych w kajdany mężczyzn siedzących w głębi<br />
wozu. Ten gruby zgrzytnął zaostrzonymi zębiskami i zasyczał, lecz Arya go zignorowała.<br />
Stary zaciągnął ją do rosnącego z dala od gościńca gąszczu, ani na chwilę nie przestając mamrotać.<br />
- Gdybym miał choć krztynę rozsądku, zostawiłbym cię w Królewskiej Przystani. Słyszysz mnie, chłopcze? &#8211; To ostatnie słowo zawsze wywarkiwał szczególnie gwałtownym tonem, by mieć pewność, że je usłyszy. &#8211; Ściągaj portki. No jazda, nikt cię tu nie zobaczy. Szybko. &#8211; Arya wykonała polecenie z naburmuszoną miną. &#8211; Chodź tu, pod dąb. O, tak. &#8211; Objęła pień ramionami i przycisnęła twarz do szorstkiej kory. &#8211; A teraz krzycz. I to głośno.<br />
Nie zrobię tego, pomyślała nieustępliwie, lecz gdy Yoren uderzył ją kijem po nagich udach, krzyk wyrwał się z jej ust mimo woli.<br />
- Myślisz, że to bolało? &#8211; zapytał stary. &#8211; To co powiesz na to?<br />
Pręt przeszył ze świstem powietrze i Arya wrzasnęła po raz drugi, czepiając się drzewa, żeby nie upaść.<br />
- Jeszcze raz.<br />
Trzymała się mocno, przygryzając wargi. Gdy usłyszała świst, wzdrygnęła się, a po ciosie zawyła głośno i podskoczyła w górę. Nie będę płakać &#8211; pomyślała. Nie będę. Jestem Starkiem z Winterfell. Naszym znakiem jest wilkor, a wilkory nie płaczą. Poczuła spływającą po lewej nodze cienką strużkę krwi. Uda i pośladki płonęły jej od bólu.<br />
- Może to przyciągnie twoją uwagę &#8211; oznajmił Yoren. &#8211; Jeśli jeszcze raz użyjesz kija przeciw któremuś ze swych braci, otrzymasz dwa razy więcej ciosów niż mu zadasz. Jasne? A teraz się ubieraj.<br />
To nie są moi bracia &#8211; pomyślała Arya, podciągając spodnie. Wiedziała jednak, że lepiej nie mówić tego na głos. Drżącymi dłońmi zapięła pas i zawiązała sznurówki.<br />
Yoren przyjrzał się jej.<br />
- Boli cię?<br />
Spokojna jak stojąca woda &#8211; powiedziała sobie, tak jak uczył ją Syrio Forel.<br />
- Trochę.<br />
Splunął.<br />
- Tego piekarczyka boli bardziej. To nie on zabił twojego ojca, dziewczynko, ani nie ten złodziej Lommy. Bijąc ich, nie przywrócisz mu życia.<br />
- Wiem &#8211; mruknęła naburmuszona Arya.<br />
- Jest jednak coś, czego nie wiesz. To nie tak miało być. Kiedy już kupiłem i załadowałem wozy i byłem gotowy do odjazdu, przyszedł do mnie mężczyzna, który przyprowadził mi chłopca. Dostałem od niego też wypchaną sakiewkę i wiadomość, mniejsza o to, od kogo. Powiedział, że<br />
lord Eddard ma przywdziać czerń. Jak ci się wydaje, skąd się tam wziąłem? Tylko coś poszło nie tak.<br />
- Joffrey &#8211; wydyszała Arya. &#8211; Ktoś powinien go zabić!<br />
- I ktoś to uczyni, ale z pewnością nie ja ani nie ty. &#8211; Yoren rzucił jej drewniany miecz. &#8211; Znajdź w wozie kwaśny liść &#8211; powiedział, gdy wrócili na trakt. &#8211; Jak go chwilę pożujesz, ból złagodnieje.<br />
Rzeczywiście nieco jej pomógł, choć smakował obrzydliwie, a ślina wyglądała po nim jak krew. Mimo to cały dzień &#8211; a także dwa następne &#8211; Arya musiała iść na piechotę. Ciało zbyt ją bolało, by mogła dosiadać osła. Gorąca Bułka był jednak w gorszym stanie. Yoren musiał przestawić kilka beczek, żeby chłopak mógł się położyć z tyłu wozu na workach z jęczmieniem. Gdy tylko koła podskakiwały na kamieniach, jęczał głośno. Lommy Zielona Łapka nie oberwał ani razu, lecz mimo to omijał Aryę szerokim łukiem.<br />
- Gdy tylko na niego spojrzysz, zawsze się kuli &#8211; poinformował ją Byk, kiedy szła obok jego osła.<br />
Nie odpowiedziała mu. Bezpieczniej będzie z nikim nie rozmawiać.<br />
Nocą leżała na cienkim kocu rozciągniętym na twardej ziemi, wpatrzona w wielką, krwawą kometę. Była wspaniała i przerażająca zarazem. Byk nazywał ją Czerwonym Mieczem. Twierdził, że wygląda jak świeżo wykuty, rozgrzany do czerwoności oręż. Gdy Arya spojrzała na nią pod odpowiednim kątem, również dostrzegała to podobieństwo. Kometa nie była jednak nowym mieczem, lecz Lodem, orężem jej ojca, wykutym z falistej valyriańskiej stali. Natomiast czerwień była jego krwią, która zbroczyła ostrze, gdy ser Ilyn, królewski kat, uciął mu głowę. Yoren kazał jej w owej chwili odwrócić wzrok, dziewczynka była jednak przekonana, że Lód z pewnością wyglądał wówczas tak, jak ta kometa.&#8221;</p>
<p style="text-align: left;">&nbsp;</p>
<p style="text-align: left;">&nbsp;</p>
<p style="text-align: left;">Część 2 sagi Pieśń Lodu i Ognia.<br />
Żelazny Tron jednoczył Zachodnie Królestwa aż do śmierci króla Roberta.  Wdowa jednak zdradziła królewskie ideały, bracia wszczęli wojnę, a Sansa  została narzeczoną mordercy ojca, który teraz okrzyknął się królem.<br />
Zresztą w każdym z królestw, od Smoczej Wyspy po Koniec Burzy, dawni wasale Żelaznego Tronu ogłaszają się królami.<br />
Pewnego dnia z Cytadeli przylatuje biały kruk, przynosząc zapowiedź  końca lata, jakie pamiętali żyjący ludzie. Najgroźniejszym wrogiem dla  wszystkich bez wyjątku może okazać się nadciągająca zima&#8230;<br />
Wspaniała epopeja George&#8217;a R.R. Martina jest opowieścią pełną intryg,  zdrad i politycznych rozgrywek o niezwykłej sile oddziaływania.</p>
<p>Wydawca: Zysk i s-ka<br />
Data wydania: Maj 2011<br />
Seria wydawnicza: Pieśń Lodu i Ognia<br />
ISBN: 978-83-7506-835-1<br />
Liczba stron: 916<br />
Format: 12,5 x 18,5 cm<br />
Rodzaj oprawy: miękka</p>
<h2><a href="https://ssl.afiliant.com/server/affskrypt.php?b=832&amp;d=2&amp;f=44&amp;u=(http%3A%2F%2Fwww.albertus.pl%2Fksiazka-starcie-krolow-george-r-r-martin-1398763%2F)" target="_blank">Cena 39.00 w księgarni internetowej <em><span style="color: #ff0000;">Albertus.pl</span></em></a></h2>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://booksland.com.pl/index.php/2011/12/07/george-r-r-martin-piesn-lodu-i-ognia-2-starcie-krolow/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>George R. R. Martin &#8211; Pieśń Lodu i Ognia #1 &#8211; Gra o tron</title>
		<link>http://booksland.com.pl/index.php/2011/12/07/george-r-r-martin-piesn-lodu-i-ognia-1-gra-o-tron/</link>
		<comments>http://booksland.com.pl/index.php/2011/12/07/george-r-r-martin-piesn-lodu-i-ognia-1-gra-o-tron/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 06 Dec 2011 23:24:03 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jacek</dc:creator>
				<category><![CDATA[Fantastyka]]></category>
		<category><![CDATA[Fantasy]]></category>
		<category><![CDATA[George R. R. Martin]]></category>
		<category><![CDATA[fantastyka]]></category>
		<category><![CDATA[fantasy]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://booksland.com.pl/?p=515</guid>
		<description><![CDATA[Fragment: Catelyn &#160; &#8222;Catelyn nigdy nie lubiła tego gaju bogów. Sama należała do rodu Tullych, który pochodził z Riverrun, położonego daleko na południu, nad Czerwonych Widłami. Tam gajem bogów był ogród, jasny i rozległy, gdzie strzeliste sekwoje rzucały cień na szemrzące strumyki, a w powietrzu przesyconym wonią kwiatów rozbrzmiewały nieustannie ptasie śpiewy. Bogowie Winterfell mieli [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignright" src="http://www.film.gildia.pl/_n_/literatura/tworcy/george_rr_martin/gra_o_tron/okladka-200.jpg" alt="" width="200" height="295" /></p>
<div>
<p style="text-align: center;">Fragment:</p>
<h1>Catelyn</h1>
<p>&nbsp;</p>
<p>&#8222;Catelyn nigdy nie lubiła tego gaju bogów.</p>
<p>Sama należała do rodu Tullych, który pochodził z Riverrun, położonego daleko na południu, nad Czerwonych Widłami. Tam gajem bogów był ogród, jasny i rozległy, gdzie strzeliste sekwoje rzucały cień na szemrzące strumyki, a w powietrzu przesyconym wonią kwiatów rozbrzmiewały nieustannie ptasie śpiewy.</p>
<p>Bogowie Winterfell mieli dla siebie inny las. Było to mroczne, pierwotne miejsce, trzy akry starego lasu, nie tkniętego od dziesięciu tysięcy lat, kiedy budowano wokół niego ponury zamek. Tutaj rosły uparte drzewa strażnicze, uzbrojone w szarozielone igły, potężne dęby oraz graby równie stare jak cała ta ziemia. Ogromne pnie wyrastały tutaj tuż obok siebie, a ich splątane konary tworzyły szczelny baldachim, w ziemi zaś wiły się skłębione korzenie. Było to miejsce pogrążone w cieniu i głębokiej ciszy, a zamieszkujący je bogowie nie posiadali imion.<span id="more-515"></span></p>
<p>Wiedziała, że tutaj znajdzie męża tego wieczoru. Zawsze kiedy wymierzał sprawiedliwość, potem szukał spokoju w gaju bogów.</p>
<p>Catelyn została namaszczona i otrzymała imię w blasku tęczy, której światło wypełniało Wielki Sept w Riverrun. Ona należała do Wiary, podobnie jak jej ojciec, dziad i pradziad. Jej bogowie posiadali imiona, znała ich twarze równie dobrze jak twarze swoich rodziców. Wielbili bogów wonią kadzidła, kolorami tęcz, które wysyłał siedmioboczny kryształ, i śpiewami. W domu Tullych, podobnie jak w innych wielkich domach, także mieli gaj bogów, lecz stanowił on raczej miejsce spacerów, gdzie chodziło się poczytać lub odpocząć na słońcu. Miejscem modlitwy był sept.</p>
<p>Specjalnie dla niej Ned kazał wybudować mały sept, gdzie mogła śpiewać bogu o siedmiu twarzach. W żyłach Starków płynęła krew Pierwszych Ludzi, a jego bogami pozostali starzy, bezimienni bogowie o nieznanych twarzach, bogowie zielonych lasów, które zamieszkiwali wraz z zaginionymi dziećmi lasu.</p>
<p>Pośrodku gaju, nad małym stawem wypełnionym zimną i czarną wodą, rosło pradawne czardrzewo. Drzewo serce, jak nazwał je Ned. Korę miało białą jak kość, a jego ciemnoczerwone liście przypominały tysiące zakrwawionych dłoni. W jego pniu wyrzeźbiono twarz, twarz pociągłą i zamyśloną; głęboko wycięte oczy, czerwone od wyschniętych soków, sprawiały wrażenie czujnie obserwujących. Stare to były oczy, starsze od samego Winterfell. Podobno widziały, jak Brandon Budowniczy położył pierwszy kamień, a potem przyglądały się, jak rosły granitowe mury zamku. Podobno to dzieci lasu rzeźbiły twarze na drzewach w zamierzchłych czasach, jeszcze przed nadejściem Pierwszych Ludzi, którzy przybyli przez wąskie morze.</p>
<p>Na południu ostatnie czardrzewa zostały wycięte albo wypalone tysiąc lat temu, z wyjątkiem Wyspy Twarzy, na której zieloni ludzie czuwali w milczeniu. Tutaj wszystko było inne. Tutaj każdy zamek ma swój gaj bogów, każdy gaj bogów ma swoje drzewo serce, a każde drzewo serce ma swoją twarz.</p>
<p>Catelyn znalazła męża pod czardrzewem, na kamieniu porośniętym mchem. Ułożył miecz, Lód, na kolanach i obmywał jego głownię wodą czarną jak noc. Warstwy próchnicy nagromadzone przez tysiące lat tłumiły odgłos jej kroków, lecz czerwone oczy drzewa wydawały się pilnie ją śledzić. &#8211; Ned &#8211; przemówiła cicho. Podniósł głowę i spojrzał na nią. &#8211; Catelyn &#8211; powiedział. Mówił głosem jakby nieobecnym i bardzo oficjalnym. &#8211; Gdzie są dzieci?</p>
<p>Zawsze o nie pytał. &#8211; W kuchni. Sprzeczają się o imiona swoich wilczych szczeniąt. Rozłożyła płaszcz na ziemi i usiadła na brzegu stawu, opierając się plecami o drzewo. Czuła na sobie jego oczy, lecz starała się nie zwracać na to uwagi. &#8211; Arya już pokochała swojego, Sansa też jest oczarowana, za to Rickon jest niepewny.</p>
<p>- Boi się? &#8211; spytał Ned.</p>
<p>- Trochę &#8211; przyznała. &#8211; Ma dopiero trzy lata.</p>
<p>Ned zmarszczył brwi. &#8211; Musi nauczyć się stawić czoło obawom. Będzie coraz starszy. A poza tym nadchodzi zima.</p>
<p>- Tak &#8211; powiedziała Catelyn. Na dźwięk tych słów poczuła dreszcz, jak zawsze kiedy je słyszała. Było to motto Starków. Wszystkie wielkie rody posiadały rodzinne motto, swojego rodzaju modlitwę, w której wielbili honor i chwałę, składali przysięgę lojalności, wiary i odwagi. Wszystkie, tylko nie ród Starków. Nadchodzi zima, tak brzmiało ich motto. Nie po raz pierwszy pomyślała, jak dziwni są mieszkańcy północy.</p>
<p>- Tamten człowiek umarł dzielnie, muszę mu to przyznać &#8211; powiedział Ned. W dłoni trzymał kawałek skóry namoczonej oliwą. Przeciągnął nim wolno po ciemnym ostrzu, aż zalśniło. &#8211; Bran także spisał się dzielnie. Byłabyś z niego dumna.</p>
<p>- Zawsze jestem dumna z Brana &#8211; odparła Catelyn, patrząc, jak wyciera ostrze. Widziała niemal jego pulsujące wnętrze, które długo nabierało kształtu w kuźni. Catelyn nie lubiła mieczy, lecz musiała przyznać, że Lód stanowił przykład wyjątkowo pięknego oręża. Wykuto go w Valyrii, w czasach kiedy kowale kuli metal za pomocą młotów i zaklęć. Liczył już sobie czterysta lat, a pozostał tak samo ostry jak pierwszego dnia. Jego imię było jeszcze starsze, pochodziło z czasów herosów, kiedy Starkowie byli królami północy.</p>
<p>- Już czwarty tego roku &#8211; powiedział ponuro Ned. &#8211; Biedaczyna był na wpół szalony. Coś przepełniło go strachem tak bardzo, że moje słowa nie docierały do niego. &#8211; Westchnął. &#8211; Ben pisze, że w Nocnej Straży nie ma już nawet tysiąca ludzi. I to nie tylko z powodu dezercji. Tracą też ludzi w czasie wypadów.</p>
<p>- Przez dzikich? &#8211; spytała.</p>
<p>- Tylko przez nich? &#8211; Ned podniósł miecz i powiódł wzrokiem wzdłuż jego chłodnego ostrza. &#8211; Przyjdzie wreszcie taki dzień, kiedy nie będę miał wyboru. Będę zmuszony wznieść sztandary i pojechać na północ, by zmierzyć się z Królem-poza-Murem.</p>
<p>- Poza Murem? &#8211; Catelyn zadrżała na myśl o tym.</p>
<p>Ned zauważył niepokój na jej twarzy. &#8211; Mańce Raydera raczej nie powinniśmy się obawiać.</p>
<p>- Za Murem mieszkają mroczne istoty. &#8211; Obejrzała się, zerkając na drzewo serce, na jego bladą korę i czerwone oczy; wydawało się, że drzewo, zadumane, obserwuje ich, słucha, i myśli.</p>
<p>Uśmiechnął się łagodnie.</p>
<p>- Słuchasz za dużo opowieści Starej Niani. Inni umarli tak samo jak dzieci lasu, nie ma ich tutaj już od ośmiu tysięcy lat. Maester Luwin twierdzi nawet, że nigdy ich tutaj nie było. Nikt z żyjących ich nie widział.</p>
<p>- Tak jak do dzisiejszego ranka nikt nie widział wilkora &#8211; zauważyła Catelyn.</p>
<p>- Powinienem już wiedzieć, że nie należy się sprzeczać z kimś z rodu Tullych &#8211; odpowiedział, uśmiechając się smutno. Wsunął Lód do pochwy. &#8211; Ale przecież nie przyszłaś tutaj, żeby opowiadać mi bajeczki. Wiem, że nie przepadasz za tym miejscem. O co chodzi, pani?</p>
<p>Catelyn wzięła męża za rękę.</p>
<p>- Mój panie, otrzymaliśmy smutne wieści. Nie chciałam cię smucić, zanim się nie oczyścisz. &#8211; Nie wiedziała, jak zrobić to delikatniej, więc przekazała mu wiadomość jednym tchem: &#8211; Tak mi przykro, kochany. Jon Arryn nie żyje.&#8221;</p>
<p>W Zachodnich Krainach o ośmiu tysiącach lat zapisanej historii widmo  wojen i katastrofy nieustannie wisi nad ludźmi. Zbliża się zima,  lodowate wichry wieją z północy, gdzie schroniły się wyparte przez ludzi  pradawne rasy i starzy bogowie. Zbuntowani władcy na szczęście pokonali  szalonego Smoczego Króla, Aerysa Targaryena, zasiadającego na Żelaznym  Tronie Zachodnich Krain, lecz obalony władca pozostawił po sobie  potomstwo, równie szalone jak on sam&#8230; Tron objął Robert &#8211;  najznamienitszy z buntowników. Minęły już lata pokoju i oto możnowładcy  zaczynają grę o tron.</p>
<p>Wznowienie. George R.R Martin jest jednym z najbardziej cenionych  pisarzy fantastyki.Pisze wolno i raczej niewiele, aczkolwiek każda jego  książka spotyka się z entuzjastycznym przyjęciem czytelników i krytyki.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Wydawnictwo: Zysk i S-ka<br />
Miejsce wydania: Poznań<br />
Wydanie polskie: 2003<br />
Tytuł oryginalny: A Game of Thrones<br />
Rok wydania oryginału: 1996<br />
Liczba stron: 766<br />
Format: 125&#215;183<br />
Oprawa: miękka<br />
ISBN-13: 9788372983701</p>
<h3><a href="https://ssl.afiliant.com/server/affskrypt.php?b=832&amp;d=2&amp;f=44&amp;u=(http%3A%2F%2Fwww.albertus.pl%2Fksiazka-gra-o-tron-martin-george-122116%2F)" target="_blank">Cena: <span style="text-decoration: underline;"><span style="color: #ff0000;"><strong>39.90</strong></span></span> w księgarni internetowej <span style="color: #ff0000;">Albertus</span></a></h3>
</div>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://booksland.com.pl/index.php/2011/12/07/george-r-r-martin-piesn-lodu-i-ognia-1-gra-o-tron/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Richard Paul Evans &#8211; Stokrotki w śniegu</title>
		<link>http://booksland.com.pl/index.php/2011/12/06/richard-paul-evans-stokrotki-w-sniegu/</link>
		<comments>http://booksland.com.pl/index.php/2011/12/06/richard-paul-evans-stokrotki-w-sniegu/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 05 Dec 2011 23:02:53 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jacek</dc:creator>
				<category><![CDATA[Literatura piękna]]></category>
		<category><![CDATA[Literatura współczesna]]></category>
		<category><![CDATA[Powieść]]></category>
		<category><![CDATA[Przegląd wg. autorów]]></category>
		<category><![CDATA[Richard Poul Evans]]></category>
		<category><![CDATA[literatura piękna]]></category>
		<category><![CDATA[powieść]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://booksland.com.pl/?p=510</guid>
		<description><![CDATA[Czy można dostać drugą szansę i rozpocząć wszystko od nowa? James Kier zginął w wypadku. Tak przynajmniej wszystkim się wydawało. On sam dowiedział się o własnej śmierci z gazet. Pomyłkę szybko wyjaśniono, ale błąd popełniony przez dziennikarza ucieszył wszystkich znajomych Jamesa. Nic dziwnego. Nie był kandydatem na najlepszego przyjaciela. Bezwzględny szef. Rekin biznesu wyznający zasadę [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignleft" src="http://merlin.pl/Stokrotki-w-sniegu_Richard-Paul-Evans,images_product,13,978-83-240-1460-6.jpg" alt="" width="234" height="280" /></p>
<p>Czy można dostać drugą szansę i rozpocząć wszystko od nowa?<br />
James Kier zginął w wypadku. Tak przynajmniej wszystkim się wydawało.<br />
On sam dowiedział się o własnej śmierci z gazet. Pomyłkę szybko  wyjaśniono, ale błąd popełniony przez dziennikarza ucieszył wszystkich  znajomych Jamesa.<br />
Nic dziwnego.<br />
Nie był kandydatem na najlepszego przyjaciela. Bezwzględny szef. Rekin  biznesu wyznający zasadę &#8211; po trupach do celu. Mąż, który zostawia  umierającą żonę. Ojciec znienawidzony przez syna.<br />
Czy można zacząć wszystko od nowa?<br />
Wynagrodzić popełnione krzywdy?<br />
Przebaczyć innym i sobie?<br />
Stokrotki w śniegu to piękna, wzruszająca opowieść o sile miłości i  nadziei. O tym, że najważniejsza w życiu jest rodzina. Że tylko kochając  i będąc kochanym, można odnaleźć własną drogę w życiu.</p>
<p style="text-align: center;">Fragment książki</p>
<p>&#8222;Obniżająca się temperatura sprawiła, że w dolinie opadł smog, zmieniając powietrze w gęstą brązową substancję. Kier siedział w samochodzie, trzymając na kolanach przygotowaną przez Linde listę. O ile w teorii plan odnalezienia wszystkich tych ludzi i wynagrodzenia poczynionych krzywd wydał mu się znakomity, o tyle teraz, kiedy siedział w samochodzie przed domem jednego z nich, pomysł ten nie rysował się już tak kolorowo. Jeśli prawdą jest to, co powiedziała Lmda, zrujnował tym ludziom życie.<span id="more-510"></span> Jakiego powitania mógł się spodziewać?<br />
Jeszcze raz spojrzał na nazwisko: Eddie Grimes. Nie musiał czytad notatek, by przypomnieć sobie, kim był i co on sam mu zrobił. Grimes był niegdyś właścicielem Grimes Constru-ction, niewielkiej, ale dobrze prosperującej lokalnej firmy budowlanej z dużym potencjałem. Razem z Kierem wystąpił do przetargu na dużą budowę i wygrał. Kier wcale nie potrzebował tego kontraktu. Szczerze mówiąc, miał i tak wystarczająco dużo pracy, ale przegrana zabolała go. Poza.tym nie podobało mu się, że dał możliwość rozwoju potencjalnie niebezpiecznemu konkurentowi. Postanowił zniszczyć tę firemkę z ambicjami. Ponieważ był dobrze przygotowany do przetargu i miał niezłe rozeznanie rynku, wiedział, że problemem przy tym projekcie może być dostępność pewnych materiałów, szczególnie kartongipsów.<br />
Mając duże rezerwy finansowe, Kier wykupił cały zapas tego materiału w rejonie Rocky Mountain. Wystarczająco dużo,<br />
by zaopatrzyć swoje kolejne trzy budowy i sprawić, by w krótkim czasie powstał popyt na ten materiał. Kiedy przyszedł moment, że Grimes potrzebował kartongipsów, żadna z hurtowni w stanie, a nawet w stanach obok, nie zdołała zrealizować zamówienia. Na najbliższą partię musiałby czekać ponad miesiąc. Brak materiałów zatrzymał całkowicie projekt, narażając Grimesa na potężne kary za każdy dzień spóźnienia, kiedy jego ekipy siedziały bezczynnie na placu budowy. W końcu inny wykonawca, który także ucierpiał na manewrze Kiera, powiadomił Grimesa o jego poczynaniach. Przełykając gorycz<br />
upokorzenia, Grimes pofatygował się do biura Kiera, prosząc go, by odsprzedał mu nieco potrzebnego materiału. Kler nie tylko odmówił, ale także zwymyślał konkurenta, wytykając mu błędy w planowaniu projektu. Powiedział mu, że „jest za cienki, żeby grad w tę grę dla dużych chłopców&#8221;.<br />
Stopniowo, w miarę jak rosły jego straty, Grimes był zmuszony do zwolnienia pracujących dla niego ludzi, a ostatecznie do porzucenia projektu. To doprowadziło do takich strat, że musiał ogłosić bankructwo. Razem z projektem utracił także swoją reputację. Po takiej porażce już nikt nie chciał współpracować z Grimes Construction.<br />
Budowa została przekazana firmie Kiera, który nie tylko skorzystał z prac wcześniej wykonanych przez ekipę Grimesa, ale także podniósł swoje wynagrodzenie o dwadzieścia procent w porównaniu do oferty wstępnej. W nagrodę za sfinalizowanie projektu Kier sprawił sobie nową willę w Palm Springs.<br />
Jakby tego było mało, po ukończeniu budowy boczna droga prowadząca na wysypisko śmieci została nazwana ulicą Grimesa.<br />
Kiedy jeszcze jego firma dobrze funkcjonowała, Grimes wybudował sobie na wschodnim zboczu doliny piękny dom o powierzchni ponad siedmiuset metrów kwadratowych. Kier przejeżdżał tamtędy z Sara, która aż jęknęła z zachwytu, widząc budynek. Chociaż nie chciał tego przyznać, Kierowi także zaimponował rozmach, z jakim została zaplanowana ta posiadłość. Dom był w stylu francuskim, postawiony w niezwykle malowniczym miejscu, otoczony ścieżkami wyłożonymi kamieniem, ze starannie dobranymi rzeźbami i szpalerem drzewek kumkwatu, ciągnącym się wzdłuż głównej alejki. Kier mógł się jedynie domyślać, że posiadłość przepadła wraz z resztą majątku. Niewielki dom w złym stanie, przed którym właśnie stał, nie mógł się równać z siedzibą konkurenta, którą kiedyś potajemnie podziwiał. Ironia losu, pomyślał Kier. Dom-ruina, a mieszka w nim tak dobry budowlaniec.<br />
Co można powiedzieć człowiekowi, którego się zniszczyło? &#8211; zastanawiał się Kier. Jak można naprawić krzywdy? Kiedy tak się namyślał, przyszedł mu do głowy pewien pomysł. Jego firma mogłaby dużo skorzystać na obecności tak utalentowanego budowlańca, jakim był Grimes. Mógł zaoferować mu jakieś wysokie stanowisko, może nawet z możliwością otrzymania pewnego pakietu akcji. A co więcej, te dwadzieścia procent ekstra, które zarobił na sabotażu projektu Grimesa,<br />
pokryłoby koszty zatrudnienia go. Nagle poczuł, że to spotkanie może się udać, że dojdą do porozumienia. Kto wie, pomyślał, może do południa będą już kumplami, którzy śmieją się z dawnych czasów.<br />
Kier wysiadł z samochodu, podszedł do furtki i nie czekając na zaproszenie, wszedł na podwórko. Okna były zasłonięte, a jedyny ślad czyjejś obecności stanowiły psie ślady prowadzące tam i z powrotem od drzwi wejściowych.<br />
Przedarł się przez śnieg i wdrapał się po trzech schodkach na ganek. O ścianę stały oparte dwie pary nart. Nacisnął dzwonek. Nic nie usłyszał, zapukał więc kilka razy. Jak na komendę odpowiedział mu pies, skowycząc, a potem szczekając jak oszalały. Po kilku chwilach drzwi się uchyliły. Stanęła w nich śliczna dziewczyna z krótkimi brązowymi włosami. Miała w uszach słuchawki. Ustawiła się w uchylonych<br />
drzwiach, tak by zablokować wyjście podekscytowanemu zwierzęciu, które na widok nieznajomego zaczęło ujadać jeszcze bardziej&#8230;&#8221;</p>
<p>&nbsp;</p>
<ul>
<li><strong> Tytuł oryginalny:</strong> The Christmas List</li>
<li><strong> Język oryginalny:</strong> angielski</li>
<li><strong> Tłumacz:</strong> Bolińska-Gostkowska Ewa</li>
<li><strong> Kategoria:</strong> Literatura piękna</li>
<li><strong> Gatunek:</strong> literatura współczesna zagraniczna</li>
<li><strong> Forma:</strong> powieść</li>
<li><strong> Rok pierwszego wydania:</strong> 2009</li>
<li><strong> Rok pierwszego wydania polskiego:</strong> 2010</li>
</ul>
<p>Książka dostępna w księgarni internetowej Albertus w cenie 28.10</p>
<p><script type="text/javascript">document.write('<scr'+'ipt type="text/javascr'+'ipt" src="http://www.afiliant.com/server/banners.js?id=327&#038;id_publisher=832">'+'</'+'script>');</script></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://booksland.com.pl/index.php/2011/12/06/richard-paul-evans-stokrotki-w-sniegu/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Leander Kahney &#8211; Być jak Steve Jobs</title>
		<link>http://booksland.com.pl/index.php/2011/10/20/leander-kahney-byc-jak-steve-jobs/</link>
		<comments>http://booksland.com.pl/index.php/2011/10/20/leander-kahney-byc-jak-steve-jobs/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 20 Oct 2011 13:16:26 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jacek</dc:creator>
				<category><![CDATA[biografia]]></category>
		<category><![CDATA[Leander Kahney]]></category>
		<category><![CDATA[Literatura popularnonaukowa]]></category>
		<category><![CDATA[Jobs]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://booksland.com.pl/?p=505</guid>
		<description><![CDATA[&#8222;Jobs skoncentrował wysiłki Apple na wąskiej grupie produktów, którymi firma mogłaby sprawnie zarządzać. To samo podejście wykorzystał w stosunku do poszczególnych pozycji w ofercie spółki w celu uniknięcia nadmiaru elementów, dodawanych zwykle do nowych rzeczy na etapie projektowania i po ich wypuszczeniu na rynek. Doskonałym reprezentantem tego trendu są telefony komórkowe. Robią wszystko, co tylko [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="https://ssl.afiliant.com/server/affskrypt.php?b=832&amp;d=2&amp;f=44&amp;u=(http%3A%2F%2Fwww.albertus.pl%2Fksiazka-byc-jak-steve-jobs-leander-kahney-1695178%2F)" target="_blank"><img class="alignright" src="http://www.xexe.pl/pliki/sklep/2/15_54727300149KS.jpg" alt="" width="189" height="263" /></a>&#8222;Jobs skoncentrował wysiłki Apple na wąskiej grupie produktów, którymi firma mogłaby sprawnie zarządzać. To samo podejście wykorzystał w stosunku do poszczególnych pozycji w ofercie spółki w celu uniknięcia nadmiaru elementów, dodawanych zwykle do nowych rzeczy na etapie projektowania i po ich wypuszczeniu na rynek. Doskonałym reprezentantem tego trendu są telefony komórkowe. Robią wszystko, co tylko można sobie wymarzyć, ale podstawowe funkcje, typu zmiana głośności czy odsłuchiwanie wiadomości głosowych, często kryją się w gąszczu skomplikowanych możliwości urządzenia. Aby nie kłopotać użytkowników nieustanną koniecznością podejmowania trudnych decyzji, Jobs zwykł powtarzać: „Być skoncentrowanym, znaczy mówić »nie«&#8221;.<span id="more-505"></span><br />
Koncentracja oznacza też pewność siebie, gdy mówisz „nie&#8221;, a wszyscy wokół powtarzają „tak&#8221;. Przykładowo, kiedy Jobs wypuścił iMaca, ten nie miał stacji dyskietek, standardowego wówczas wyposażenia każdego komputera. Teraz wydaje się to błahostką, lecz wtedy ldienci i prasa protestowali zgodnym chórem. Liczni eksperci twierdzili, że nie-dołączenie wspomnianego napędu było katastrofalnym błędem, który zgubi iMaca. „iMac jest czysty, elegancki, bezdyskietkowy &#8211; i stracony&#8221; &#8211; zauważał w maju 1998 roku Hiawatha Bray dziennikarz „The Boston Globe&#8221;27.<br />
Zdaniem Hoddiego sam Jobs nie był w stu procentach pewny tej decyzji, lecz zaufał przeczuciu, że stacje dyskietek odchodzą do lamusa. Tłumaczył, iż iMac został zaprojektowany z myślą o Internecie, za pośrednictwem którego użytkownicy mieliby się wymieniać plikami i ściągać programy. Był również jednym z pierwszych komputerów na rynku wyposażonym w złącze USB, nowy standard portu dla urządzeń peryferyjnych, z którego nie korzystał wówczas nikt poza Intelem, notabene wynalazcą tej technologii. Porzucenie dyskietek i wykorzystanie USB określiło iMaca jako produkt futurystyczny, wychodzący w przyszłość. Nieważne, czy takie było zamierzenie jego twórców, czy nie.<br />
Asortyment Apple przez lata pozostawał nieskomplikowany i skoncentrowany na konkretnych produktach. Na przełomie lat dziewięćdziesiątych i nowego wieku firma oferowała najwyżej sześć zasadniczych grup towarów: dwa komputery biurkowe, dwa laptopy, kilka monitorów, iPoda oraz iTunes. Później dodała Maca mini, iPhone&#8217;a, AppleTV, a także parę akcesoriów związanych z iPodem, takich jak puchate skarpetki i opaski na ramię. Wystarczy porównać wąski asortyment Jobsa z innymi spółkami z branży, szczególnie z gigantami pokroju Samsunga czy Sony, które zarzucają rynek setkami produktów. Przez lata Sony sprzedała 600 różnych modeli walkmana. Dyrektor generalny firmy, sir Howard Stringer, publicznie oznajmił, że zazdrości spółkom obracającym niewielką gamą wyrobów. „Czasem chciałbym, żebyśmy mieli tylko trzy produkty&#8221; żalił się<br />
Sony nie potrafi stworzyć jakiegokolwiek produktu, który na starcie nie byłby dostępny w kilku odmianach. Powszechnie uważa się, że takie podejście jest dobre dla klienta: im większy wybór, tym lepiej. Jednak każda wersja to dla producenta dodatkowy czas, energia i zasoby. Podczas gdy gigant taki jak Sony ma na to środki, Apple musi się koncentrowad na ograniczonej liczbie wariantów, żeby cokolwiek wypuścić na rynek.<br />
Niemniej jednak lista dostępnych modeli iPoda przypomina dziś bardziej katalog Sony. Na rynku jest prawie dziesięć różnych wersji, zajmujących wszystkie półki cenowe od 100 do 350 dolarów: od gołego shuffle&#8217;a po Touch i iPhone&#8217;a. Jednak przygotowanie takiej oferty zajęło Apple kilka lat &#8211; nie wszystko było dostępne od razu&#8230;&#8221;</p>
<p>Wydawca: ZNAK<br />
Data wydania: 2011<br />
ISBN: 9788324016709<br />
Liczba stron: 240<br />
Rodzaj oprawy: miękka</p>
<p>Książka do nabycia w księgarni <a href="https://ssl.afiliant.com/server/affskrypt.php?b=832&amp;d=2&amp;f=44&amp;u=(http%3A%2F%2Fwww.albertus.pl%2Fksiazka-byc-jak-steve-jobs-leander-kahney-1695178%2F)" target="_blank">Albertus.pl w cenie 29.90</a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://booksland.com.pl/index.php/2011/10/20/leander-kahney-byc-jak-steve-jobs/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Roald Dahl &#8211; Cuda i dziwki</title>
		<link>http://booksland.com.pl/index.php/2011/10/20/roald-dahl-cuda-i-dziwki/</link>
		<comments>http://booksland.com.pl/index.php/2011/10/20/roald-dahl-cuda-i-dziwki/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 20 Oct 2011 11:28:15 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jacek</dc:creator>
				<category><![CDATA[Erotyka]]></category>
		<category><![CDATA[Kryminał]]></category>
		<category><![CDATA[Roald Dahl]]></category>
		<category><![CDATA[erotyka]]></category>
		<category><![CDATA[kryminał]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://booksland.com.pl/?p=501</guid>
		<description><![CDATA[Muszę przeskoczyć bardzo prędko kilka następnych godzin, bo dopiero po północy przydarzyło mi się coś naprawdę wyjątkowego. Żeby zrelacjonować, co działo się do tej chwili, wystarczy kilka krótkich zdań. O siódmej wszyscy opuściliśmy basen i wróciliśmy do pałacu, żeby się przebrać do kolacji. O ósmej zebraliśmy się w dużym pałacowym salonie na następny koktajl. Obie [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignleft" src="http://media200.8p.pl/sklep/galerie/c/cuda-i-dziwki-wyd-gig-19_2837.jpg" alt="" width="216" height="352" /></p>
<p>Muszę przeskoczyć bardzo prędko kilka następnych godzin, bo dopiero po<br />
północy przydarzyło mi się coś naprawdę wyjątkowego. Żeby zrelacjonować,<br />
co działo się do tej chwili, wystarczy kilka krótkich zdań.<br />
O siódmej wszyscy opuściliśmy basen i wróciliśmy do pałacu, żeby się<br />
przebrać do kolacji.<br />
O ósmej zebraliśmy się w dużym pałacowym salonie na następny koktajl.<br />
Obie panie były wspaniale wystrojone i błyszczały klejnotami. Obie miały na<br />
sobie długie, wieczorowe suknie bez rękawów, pochodzące niewątpliwie z<br />
jakiegoś wielkiego paryskiego domu mody. Gospodyni włożyła czarną, jej<br />
córka błękitną, obie zaś rozsiewały dookoła zapach swych odurzających<br />
perfum.<span id="more-501"></span> Cóż za para! Starsza leciutko garbiła się w ramionach, co spotyka się<br />
tylko u najbardziej namiętnych i biegłych miłośnie. W taki sam bowiem<br />
sposób, w jaki amazonkom od ciągłego siedzenia w siodle wykrzywiają się<br />
nogi, tak u bardzo namiętnej kobiety wskutek ciągłego obejmowania<br />
kochanków rozwija się charakterystyczna krągłość ramion. Jest- to<br />
deformacja zawodowa, najszlachetniejsza ze wszystkich.<br />
Córka była jeszcze za młoda na to szczególne odznaczenie honorowe, ale w<br />
jej przypadku zadowoliłem się trzymaniem się z boku, obserwowaniem jej<br />
figury i cudownie posuwistych ruchów ud pod obcisłą jedwabną suknią,<br />
kiedy chodziła po salonie. Przez całą długość kręgosłupa biegła jej kreska z<br />
miękkich złotych włosków, tak że kiedy przystanąłem za nią, z trudem<br />
powstrzymałem się od przeciągnięcia kostkami dłoni tam i z powrotem po<br />
ślicznym stosie pacierzowym dziewczęcia.<br />
O wpół do dziewiątej przenieśliśmy się do jadalni. Kolacja, którą wtedy</p>
<p>podano, była doprawdy wspaniała, ale nie będę tracił czasu na opis potraw i<br />
win. W trakcie całego posiłku bez przerwy w najsubtelniejszy i najbardziej<br />
podstępny sposób grałem na uczuciach obu kobiet, dobywając wszystkich<br />
swych umiejętności. Tak więc nim podano nam deser, zmiękły na moich<br />
oczach niczym masło w słońcu.<br />
Po kolacji wróciliśmy do salonu na kawę i koniak, a potem na propozycję<br />
gospodarza rozegraliśmy dwa robry brydża.<br />
Pod koniec wieczoru nabrałem pewności, że spisałem się bez zarzutu. Moje<br />
stare sztuczki nie zawiodły. Obie panie — w przypadku sprzyjających<br />
okoliczności — były moje na skinienie ręki. Wcale się nie oszukiwałem.<br />
Była to szczera, oczywista prawda. Rzucała się w oczy na milę. Twarz mojej<br />
gospodyni pałała podnieceniem, a ilekroć pani domu rzucała mi spojrzenie<br />
ponad stolikiem do kart, jej wielkie ciemne aksamitne oczy powiększały się<br />
jeszcze bardziej, nozdrza rozszerzały, a usta rozchylały, odsłaniając wilgotny<br />
koniuszek różowego języka przeciskającego się przez zęby. Było to<br />
cudownie lubieżne i nie jeden raz zdarzyło mi się z tego powodu przebić<br />
własną lewę. Córka była mniej śmiała, ale równie bezpośrednia. Kiedy tylko<br />
jej oczy napotykały moje, a zdarzało się to wcale często, unosiła brwi o<br />
najmniejszy ułamek centymetra, jak gdyby zadawała pytanie, a potem na jej<br />
twarzy pojawiał się krótki figlarny uśmieszek, będący odpowiedzią.<br />
— Myślę, że już pora, abyśmy wszyscy poszli spać — rzekł pan Aziz,<br />
patrząc na zegarek. — już po jedenastej. Chodźcie, gołąbeczki.<br />
I wówczas zdarzyło się coś niezwykłego. Natychmiast, bez najmniejszego<br />
ociągania i choćby jednego spojrzenia w moją stronę, obie panie wstały i ru-</p>
<p>szyły do drzwi. Było to zdumiewające. Zbaraniałem. Nie wiedziałem, co<br />
mam o tym myśleć. W życiu nie spotkałem tak szybkiej reakcji. A jednak w<br />
głosie pana Aziza nie było gniewu. Brzmiał on, przynajmniej dla mojego<br />
ucha, tak miło, jak zwykle. Lecz w tej chwili gospodarz już gasił światła,<br />
niedwuznacznie dając mi do zrozumienia, iż życzy sobie, abym także udał się<br />
na spoczynek. Co za cios! Spodziewałem się, że zanim rozstaniemy się na<br />
noc, żona albo córka przynajmniej szepną coś do mnie — te jedyne trzy,<br />
cztery słowa o tym, gdzie i kiedy mam przyjść. Zamiast tego zostawiły mnie<br />
stojącego jak głupiec przy stoliku do kart, a same wymknęły się z salonu.<br />
Gospodarz i ja podążaliśmy za nimi po schodach. Na podeście pierwszego<br />
piętra matka i córka przystanęły bok przy boku, czekając na mnie.<br />
— Dobranoc, panie Cornelius — powiedziała gospodyni<br />
— Dobranoc, panie Cornelius — zawtórowała jej córka.<br />
— Dobranoc, drogi panie — rzekł pan Aziz. — Mam niepłonną nadzieję, że<br />
niczego panu nie brak.<br />
Odwrócili się i nie pozostało mi nic innego, jak z bólem serca powlec się na<br />
drugie piętro do mojej sypialni. Wszedłem tam i zamknąłem drzwi. Służący<br />
już zaciągnął ciężkie brokatowe zasłony, ale rozsunąłem je i wychyliłem się<br />
przez okno, żeby przyjrzeć się nocy. Powietrze stało, nieruchome i gorące, a<br />
nad pustynią świecił jasny księżyc. W dole pode mną basen w jego blasku<br />
wyglądał jak ogromna tafla lustra położona płasko na trawniku. Obok<br />
zobaczyłem cztery leżaki, na których siedzieliśmy wcześniej.<br />
No, no, pomyślałem. I co dalej?<br />
Wiedziałem, że w tym domu jednego nie wolno mi zrobić, a mianowicie, nie</p>
<p>wolno mi wymknąć się z pokoju i grasować po korytarzach. Wiele lat temu<br />
nauczyłem się, że istnieją trzy nacje mężów, przy których nigdy nie popłaca<br />
zbędna brawura — są to Bułgarzy, Grecy i Syryjczycy. Z jakiegoś powodu<br />
żadna z nich nie ma człowiekowi za złe otwartego flirtowania z ich żonami,<br />
ale jeżeli przyłapią go na wchodzeniu im do łóżka, z miejsca zabijają! Pan<br />
Aziz był Syryjczykiem. Ostrożność była więc tu sprawą zasadniczą i jeśli<br />
ktoś miał wykonać następny ruch, to nie mogłem to być ja, a jedna z kobiet,<br />
bo tylko ona (albo one) wiedziałaby dokładnie, co jest bezpieczne, a co<br />
ryzykowne. Niemniej będąc świadkiem tego, w jaki sposób cztery minuty<br />
temu gospodarz przywołał je do nogi, musiałem przyznać, że jest mała<br />
nadzieja na dalszy rozwój wypadków w najbliższym czasie. Sęk jednak w<br />
tym, że ja sam piekielnie się napaliłem.<br />
Rozebrałem się i wziąłem długi zimny prysznic. To pomogło. Potem, jako że<br />
nie jestem w stanie spać przy księżycu, upewniłem się, czy zasłony są<br />
szczelnie zaciągnięte. Położyłem się do łóżka i przez następną godzinę<br />
leżałem czytając dalszy ciąg Przyrody Selborne Gabriela White’a. To mi<br />
również pomogło i wreszcie między dwunastą a pierwszą po północy<br />
nadszedł czas, kiedy mogłem zgasić światło i ułożyć się do snu bez<br />
przykrości.<br />
Właśnie zaczynałem przysypiać, kiedy usłyszałem leciutkie odgłosy.<br />
Rozpoznałem je natychmiast. Słyszałem je już wiele razy, a jednak dla mnie<br />
stanowiły wciąż najbardziej ekscytujące i pubudz-jące dźwięki na świecie.<br />
Była to seria cichutkich metalicznych skrzypnięć, delikatnych zgrzytnięć<br />
metalu o metal, których źródłem jest zawsze ktoś, kto nadzwyczaj powoli i</p>
<p>ostrożnie przekręca na zewnątrz gałkę przy drzwiach. Natychmiast całkowicie<br />
się rozbudziłem. Ale nie poruszyłem się. Otworzyłem jedynie oczy i<br />
wpatrzyłem się tam, gdzie były drzwi. Pamiętam, jak pragnąłem w tamtej<br />
chwili, aby w zasłonie znalazła się szpara przepuszczająca z zewnątrz choćby<br />
promyczek księżycowego światła, tak żeby mignął mi chociaż cień postaci,<br />
która miała właśnie wejść do środka. Ale w pokoju było ciemno jak w lochu.<br />
Nie usłyszałem dźwięku otwieranych drzwi. Nie pisnął żaden zawias.<br />
Jednakże przez pokój przemknął raptem leciutki powiew i zaszeleścił zasłonami,<br />
a w chwilę potem dobiegł mnie głuchy stuk drewna o drewno, kiedy<br />
znów starannie zamknięto drzwi. Wtedy zaś rozległ się trzask zamka, bo ktoś<br />
puścił gałkę.<br />
Doszedł mnie odgłos czyichś stóp na dywanie, podążających w moją stronę.<br />
Na jedną straszliwą sekundę rozbłysła mi w głowie myśl, że przecież równie<br />
dobrze może to być pan Abdul Aziz skradający się do mnie z nożem w ręce,<br />
ale potem znienacka pochyliło się nade mną ciepłe, giętkie ciało, a kobiecy<br />
głos szepnął mi do ucha:<br />
— Bądź cicho!!!<br />
— Moja najdroższa, jedyna&#8230; — powiedziałem, zastanawiając się, która to z<br />
nich dwu — wiedziałem, że ty&#8230;<br />
Natychmiast jej ręka zakryła mi usta.<br />
—Proszę! — szepnęła. — Ani słowa więcej!!! Nie spierałem się. Moje usta<br />
miały wiele znacznie<br />
przyjemniejszych zajęć niż gadanie. Podobnie jak jej usta.<br />
W tym miejscu muszę przerwać opowieść. Wiem, że to zupełnie do mnie</p>
<p>płeć. Tym razem przegrałem z kretesem. W pewnej chwili sięgnąłem po<br />
papierosa, chcąc rozwiązać zagadkę w świetle zapałki, ale jej ręka spadła na<br />
mnie jak grom, a wyrwane zapałki i papierosy pofrunęły przez pokój. Ilekroć<br />
zaczynałem szeptać jej to pytanie do ucha, za każdym razem, nim zdołałem<br />
wypowiedzieć choć trzy słowa, jej ręka znowu wysuwała się jak błyskawica i<br />
spadała mi na usta. W dodatku bardzo gwałtownie.<br />
A więc dobrze, pomyślałem. Tymczasem niech tak będzie. Jutro rano na dole<br />
w świetle przekonam się, która to z was była. Poznam to po rumieńcu na<br />
twarzy, po spojrzeniu waszych oczu w moje, po stu innych małych<br />
zdradliwych oznakach. Poznam też po śladach moich zębów na lewej stronie<br />
szyi, ponad karczkiem sukienki. Byłem zdania, że to chytry fortel i doskonale<br />
zaplanowany w czasie — moje złośliwe ugryzienie zadałem jej w chwili<br />
wzlotu namiętności — tak że nawet przez chwilę nie podejrzewała jego<br />
znaczenia.<br />
W sumie była to niezapomniana noc i upłynęły cztery godziny, zanim moja<br />
kochanka objęła mnie mocno po raz ostatni i wymknęła się z pokoju tak<br />
szybko, jak weszła.</p>
<p>Przełożył Andrzej Grabowski<br />
Tytuł oryginału<br />
Switch Bitch<br />
Copyright © Roald Dahl 1965, 1974<br />
Redaktor merytoryczny Robert Ginalski<br />
Projekt okładki Edward Karowicz<br />
Ilustracja Antoni Chodorowski<br />
Redaktor techniczna Iwona Wysocka<br />
for the Polish edition<br />
Copyright © 1990<br />
Wydawnictwo GiG, R Ginalski i s-ka<br />
For the cover art<br />
Copyright © 1990 by<br />
Edward Karowicz<br />
ISBN 83-85G85-U-4<br />
Wydawnictwo GiG, R Ginalski i s-ka,<br />
Warszawa 1990<br />
Wydanie I, ark wyd 7,8, ark druk 7<br />
Nakład 50 000 egz</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://booksland.com.pl/index.php/2011/10/20/roald-dahl-cuda-i-dziwki/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Stieg Larsson &#8211; Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet</title>
		<link>http://booksland.com.pl/index.php/2011/10/18/stieg-larsson-mezczyzni-ktorzy-nienawidza-kobiet/</link>
		<comments>http://booksland.com.pl/index.php/2011/10/18/stieg-larsson-mezczyzni-ktorzy-nienawidza-kobiet/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 18 Oct 2011 13:15:32 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jacek</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kryminał]]></category>
		<category><![CDATA[Literatura współczesna]]></category>
		<category><![CDATA[Powieść]]></category>
		<category><![CDATA[Proza]]></category>
		<category><![CDATA[Sensacja]]></category>
		<category><![CDATA[Śledztwo]]></category>
		<category><![CDATA[Stieg Larsson]]></category>
		<category><![CDATA[Thriller]]></category>
		<category><![CDATA[kryminał]]></category>
		<category><![CDATA[Larsson]]></category>
		<category><![CDATA[powieść]]></category>
		<category><![CDATA[proza]]></category>
		<category><![CDATA[thriller]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://booksland.com.pl/?p=498</guid>
		<description><![CDATA[&#8222;Początkowo zupełnie nieczuły na prośby, Mikael ugiął się, kiedy usłyszał obietnicę kilku wspaniałych dni relaksu w miłym towarzystwie i z dobrą kuchnią. Z obietnic nic nie wyszło, a przejażdżka żaglówką przeobraziła się w katastrofę o wiele większą, niż Mikael potrafił sobie wyobrazić. Płynęli pięknym, choć średnio trudnym szlakiem Furusund z prędkością niespełna dziesięciu węzłów, przy [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignright" src="http://ecsmedia.pl/c/mezczyzni-ktorzy-nienawidza-kobiet-b-iext2908310.jpg" alt="" width="224" height="349" />&#8222;Początkowo zupełnie nieczuły na prośby, Mikael ugiął się,<br />
kiedy usłyszał obietnicę kilku wspaniałych dni relaksu w miłym<br />
towarzystwie i z dobrą kuchnią. Z obietnic nic nie wyszło, a<br />
przejażdżka żaglówką przeobraziła się w katastrofę o wiele większą,<br />
niż Mikael potrafił sobie wyobrazić. Płynęli pięknym, choć średnio<br />
trudnym szlakiem Furusund z prędkością niespełna dziesięciu<br />
węzłów, przy której dziewczyna PR-owca od razu zapadła na<br />
chorobę morską. Jej siostra zaczęła kłócić się z chłopakiem i nikt nie<br />
wykazał choćby minimum zainteresowania sztuką żeglarską.<span id="more-498"></span><br />
Wkrótce stało się jasne, że obsługa jachtu spocznie wyłącznie na<br />
Mikaelu. Pozostali uczestnicy wycieczki ograniczali się do<br />
udzielania życzliwych, acz przeważnie bezsensownych rad. Po<br />
pierwszym noclegu w zatoce na Angsó Mikael gotów był zawinąć do<br />
przystani w Furusund i wrócić do domu autobusem. I tylko<br />
desperackie apele PR-owca skłoniły go do pozostania na pokładzie.<br />
Następnego dnia koło południa, wystarczająco wcześnie, by<br />
znaleźć wolne miejsce, przybili do pomostu na wyspie Arholma.<br />
Przygotowali lunch i właśnie wrzucili coś na ruszt, gdy Mikael po<br />
raz pierwszy zauważył plastikową żółtą M-trzydziestkę wpływającą<br />
do zatoki pod grotżaglem. Podczas gdy łódź robiła spokojny zwrot,<br />
jej szyper szukał miejsca do zacumowania. Mikael, rozejrzawszy się<br />
dookoła, skonstatował, że przestrzeń między ich jachtem a H-boatem<br />
po prawej burcie była prawdopodobnie jedyną szczeliną, w którą<br />
mogła wślizgnąć się wąska M-trzydziestka. Stojąc na rufie, wskazał<br />
wolną przestrzeń. Szyper zbliżającego się jachtu uniósł dłoń w<br />
geście podziękowania i zmienił kurs. Samotny żeglarz, taki co to nie<br />
pofatyguje się, żeby włączyć motor – zanotował Mikael. Usłyszał<br />
szczęk kotwicznego łańcucha, a po kilku sekundach zobaczył<br />
spuszczany grotżagiel i uwijającego się jak w ukropie mężczyznę,<br />
który manewrując sterem, by wpłynąć prosto w szczelinę,<br />
jednocześnie przygotowywał koniec liny na dziobie.</p>
<p>Mikael wspiął się na reling i wyciągając rękę, zaoferował<br />
pomoc. Nowo przybyły zrobił ostatnią zmianę kursu i sunąc<br />
delikatnie, podpłynął perfekcyjnie do rufy jachtu. Rozpoznali się<br />
dopiero wtedy, gdy mężczyzna rzucił Mikaelowi koniec liny. Ich<br />
twarze rozpromienił szeroki uśmiech.</p>
<p>Cześć, Robban! – wykrzyknął Mikael. – Gdybyś korzystał z<br />
silnika, nie musiałbyś zdzierać farby ze wszystkich łodzi w porcie.<br />
– Cześć, Micke. Czyli dobrze mi się wydawało, że skądś cię<br />
znam! Chętnie bym użył silnika, gdyby tylko dał się odpalić. Bidok<br />
wysiadł kompletnie przy Ródlóga, dwa dni temu.<br />
Podali sobie ręce przez reling.<br />
Całą wieczność wcześniej, w latach siedemdziesiątych,<br />
Mikael Blomkvist i Robert Lindberg byli licealnymi kolegami, a<br />
może nawet przyjaciółmi. Ale, jak to często bywa z kolegami z ławy<br />
szkolnej, rozstali się zaraz po maturze. Obrali różne drogi i w ciągu<br />
ostatnich dwudziestu lat widzieli się zaledwie cztery czy pięć razy.<br />
Ich niespodziewane spotkanie w porcie na Arholma było pierwszym<br />
po siedmiu lub ośmiu latach. Przyglądali się sobie badawczo. Robert<br />
miał spaloną słońcem twarz, zmierzwione włosy i dwutygodniowy<br />
zarost.<br />
Nagle Mikaelowi zdecydowanie poprawił się humor. Podczas<br />
gdy PR-owiec ze swoim prostodusznym towarzystwem wybrał się na<br />
drugi kraniec wyspy, by potańczyć wokół świętojańskiego drzewka,<br />
Mikael zaparkował na M-trzydziestce i przy śledziu i wódce<br />
rozmawiał z dawnym kolegą o dupie Maryni.</p>
<p>W KTÓRYMŚ MOMENCIE tego wieczoru, gdy poddawszy się w<br />
walce z osławionymi arholmskimi komarami, przenieśli się pod<br />
pokład i wypili wystarczająco dużo setek, rozmowa przyjęła<br />
charakter koleżeńskiego przekomarzania się na temat moralności i<br />
etyki w świecie biznesu. Każdy z nich wybrał karierę, która w<br />
pewnym sensie dotyczyła finansów państwa. Robert skończył<br />
Wyższą Szkołę Handlową i wkroczył w świat bankowości. Mikael<br />
po studiach dziennikarskich poświęcił dużą część zawodowego życia<br />
na demaskowanie wątpliwych interesów właśnie w kołach<br />
bankowo-handlowych. Rozmowa zeszła na problemy moralne w<br />
związku z milionowymi odprawami „spadochronowymi&#8221;,<br />
zapoczątkowanymi w latach dziewięćdziesiątych. Wygłosiwszy<br />
mowę obronną na temat kilku „spadochroniarzy&#8221;, Lindberg odstawił<br />
kieliszek i przyznał z niechęcią, że wśród finansistów i bankowców z<br />
pewnością ukrywa się niejeden łajdak, mimo wszystko. Nagle</p>
<p>zmierzył Mikaela poważnym spojrzeniem.<br />
– Micke, jesteś dociekliwym dziennikarzem, zajmujesz się<br />
finansowymi przekrętami, dlaczego nigdy nie napisałeś niczego o<br />
Hansie-Eriku Wennerstrómie?<br />
– Nie wiedziałem, że jest coś do napisania.<br />
– Zacznij grzebać. Musisz trochę pogrzebać, do diabła! Jak<br />
dużo wiesz o programie ZPP?<br />
– Taa, jakiś program pomocy z lat dziewięćdziesiątych.<br />
Chodziło o postawienie na nogi przemysłu w byłych demoludach.<br />
Zakończony parę lat temu. Nigdy się tym nie zajmowałem.<br />
– ZPP to Zarząd Pomocy Przemysłowej, projekt wspomagany<br />
przez rząd i kierowany przez reprezentantów około dziesięciu<br />
znaczących szwedzkich firm. ZPP dostał państwowe gwarancje dla<br />
szeregu projektów, które uzgodniono w porozumieniu z rządami w<br />
Polsce i w krajach nadbałtyckich. Dołączyła się LO*, jako rękojmia,<br />
że wschodni ruch robotniczy zostanie umocniony według<br />
szwedzkiego modelu. Formalnie rzecz biorąc, chodziło o projekt na<br />
zasadzie „pomoc dla samopomocy&#8221;, projekt, który miał umożliwić<br />
tamtejszym rządom sanację ekonomiczną. W praktyce wyglądało to<br />
tak, że szwedzkie przedsiębiorstwa otrzymały państwowe dotacje,<br />
żeby zostać współudziałowcami w przedsiębiorstwach<br />
wschodnioeuropejskich. Ten cholerny chadecki minister należał do<br />
gorących zwolenników ZPP. W planach było otwarcie zakładów<br />
papierniczych w Krakowie, renowacja zakładu metalurgicznego w<br />
Rydze, fabryka cementu w Tallinie i tak dalej. Pieniądze<br />
przydzielało kierownictwo ZPP, czyli najważniejsi z ważnych w<br />
świecie bankowo-przemysłowym.&#8221;</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Pewnego wrześniowego dnia w 1966 roku szesnastoletnia Harriet Vanger  znika jak kamień w wodę. Prawie czterdzieści lat później Mikael  Blomkvist otrzymuje nietypowe zlecenie od Henrika Vangera. Stojący na  czele wielkiego koncernu magnat przemysłowy prosi znajdującego się na  zakręcie życiowym dziennikarza o napisanie kroniki rodzinnej Vangerów.  Okazuje się, że spisywanie dziejów to tylko pretekst do próby  rozwiązania zagadki zniknięcia Harriet. Mikael Blomkvist, skazany za  zniesławienie redaktor czasopisma Millennium, przechodzi kryzys wartości  i rezygnuje z obowiązków zawodowych. Podejmuje się niezwykłego  zlecenia, opuszcza Sztokholm i osiada w niewielkiej wiosce na północy  kraju. Po pewnym czasie dołącza do niego młoda ekscentryczna hackerka,  Lisbeth Salander. Wspólnie, choć nie zawsze ramię w ramię, biorą pod  lupę przeszłość klanu Vangerów i wykrywają prawdę o wiele bardziej  mroczną i krwawą niż ta, którą spodziewali się odnaleźć&#8230;</p>
<p>Tytuł: 	Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet<br />
Autor: 	<a href="http://booksland.com.pl/index.php/category/szukaj-autorow/stieg-larsson/">Larsson Stieg</a><br />
Wydawca: 	Czarna Owca dawniej Jacek Santorski &amp; Co.<br />
Numer wydania: 	I<br />
Data premiery: 	2008-10-30<br />
Język wydania: 	polski<br />
Język oryginału: 	szwedzki<br />
Ilość stron: 	634<br />
Tłumaczenie: 	Walczak-Larsson Beata<br />
Rok wydania: 	2008<br />
Forma: 	książka<br />
Indeks: 	61503229</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://booksland.com.pl/index.php/2011/10/18/stieg-larsson-mezczyzni-ktorzy-nienawidza-kobiet/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Stieg Larsson -Dziewczyna, która igrała z ogniem</title>
		<link>http://booksland.com.pl/index.php/2011/10/18/stieg-larsson-dziewczyna-ktora-igrala-z-ogniem/</link>
		<comments>http://booksland.com.pl/index.php/2011/10/18/stieg-larsson-dziewczyna-ktora-igrala-z-ogniem/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 18 Oct 2011 13:03:02 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jacek</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kryminał]]></category>
		<category><![CDATA[Literatura współczesna]]></category>
		<category><![CDATA[Powieść]]></category>
		<category><![CDATA[Proza]]></category>
		<category><![CDATA[Przegląd wg. autorów]]></category>
		<category><![CDATA[Stieg Larsson]]></category>
		<category><![CDATA[kryminał]]></category>
		<category><![CDATA[Larsson]]></category>
		<category><![CDATA[powieść]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://booksland.com.pl/?p=496</guid>
		<description><![CDATA[Fragment książki &#8222;Zirytowany Christer Malm zaczął wiercić się na krześle. Byl jedyną osobą w sali, która nie za bardzo wiedziała, na czym owa specyficzna sytuacja polegała. Zdawał sobie sprawę, że Mikael i Erika zataili przed nim jakieś fakty, lecz Erika wytłumaczyła, iż chodzi o rzecz w najwyższym stopniu poufną, o której Mikael w żadnym wypadku [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignleft" src="http://ecsmedia.pl/c/dziewczyna-ktora-igrala-z-ogniem-b-iext2220835.jpg" alt="" width="217" height="325" /></p>
<p>Fragment książki</p>
<p>&#8222;Zirytowany Christer Malm zaczął wiercić się na krześle. Byl jedyną osobą w sali,<br />
która nie za bardzo wiedziała, na czym owa specyficzna sytuacja polegała. Zdawał<br />
sobie sprawę, że Mikael i Erika zataili przed nim jakieś fakty, lecz Erika<br />
wytłumaczyła, iż chodzi o rzecz w najwyższym stopniu poufną, o której Mikael w<br />
żadnym wypadku nie chce rozmawiać. Christer nie był aż tak tępy, by się nie<br />
domyślać, że milczenie Mikaela miało coś wspólnego z Hedestad i Harriet Vanger.<br />
Rozumiał też, iż nie musi nic wiedzieć, podejmując decyzję w zasadniczej kwestii, a<br />
miał dla Mikaela dość szacunku, by nie robić z tego wielkiej sprawy.<span id="more-496"></span><br />
- Przedyskutowaliśmy to we trójkę i doszliśmy do pewnego wniosku &#8211; odezwała<br />
się Erika. Zrobiła pauzę i spojrzała Harriet w oczy. &#8211; Zanim przedstawimy nasz punkt<br />
widzenia, chcielibyśmy wiedzieć, co ty o tym sądzisz.<br />
Harriet Vanger popatrzyła kolejno na Erikę, Mikaela, na którym zatrzymała na<br />
moment wzrok, i Christera. Nie mogła jednak nic wyczytać z ich twarzy.<br />
- Jeśli chcecie mnie wykupić, będzie to kosztować dobre trzy miliony plus<br />
odsetki, bo tyle Vangerowie zainwestowali w „Millennium&#8221;. Stać was na to? &#8211; zapytała<br />
Harriet łagodnie.<br />
- Owszem &#8211; powiedział Mikael z uśmiechem. Dostał od starego przemysłowca,<br />
Henrika Vangera, pięć<br />
milionów koron za robotę, jaką dla niego wykonał. Jak na ironię, w jej zakres<br />
wchodziło między innymi odnalezienie Harriet Vanger.<br />
- W takim razie decyzja jest w waszych rękach. Kontrakt stanowi, że możecie się<br />
pozbyć wspólnika z rodziny Vangerów dokładnie od dzisiaj. Sama nigdy nie<br />
spisałabym kontraktu tak niedbale, jak to zrobił Henrik.<br />
- Możemy cię wykupić, jeśli będziemy chcieli &#8211; powiedziała Erika. &#8211; Pytanie brzmi,<br />
co ty chcesz zrobić. Kierujesz koncernem przemysłowym, a właściwie dwoma. Cały<br />
nasz roczny budżet to tyle, ile wy macie obrotu podczas jednej przerwy na kawę. Jaki<br />
masz interes w tym, by tracić czas na coś tak  nieistotnego jak „Millennium&#8221;? Zwołujemy zebranie co kwartał a ty odkąd<br />
zastępujesz Henrika w zarządzie, za każdym razem rezerwujesz sobie ten czas i<br />
przychodzisz punktualnie. Harriet Vanger spojrzała na prezesa zarządu łagodnym wzrokiem. Przez długą<br />
chwilę nic nie mówiła. Potem popatrzyła na Mikaela i odpowiedziała.<br />
- Od dnia, kiedy się urodziłam, zawsze byłam właścicielką czegoś. Dni upływają<br />
mi na kierowaniu koncernem, w którym jest więcej intryg niż na czterystu stronach<br />
harlequina. Weszłam do zarządu, żeby wypełnić zobowiązania, których nie mogłam<br />
się zrzec. Ale wiecie co? W trakcie minionych osiemnastu miesięcy odkryłam, że<br />
lepiej się czuję w tym zarządzie niż we wszystkich innych razem wziętych.<br />
Mikael z zadumą pokiwał głową. Harriet przeniosła wzrok na Christera.<br />
- „Millennium&#8221; to jakby zabawa w zarządzanie. Problemy są tu drobne,<br />
zrozumiałe i przejrzyste. Oczywiście, firma chce wypracować zysk i zarabiać<br />
pieniądze &#8211; to podstawowy warunek. Ale cel waszej działalności jest zupełnie inny -<br />
naprawdę chcecie coś osiągnąć.<br />
Wypiła lyk wody mineralnej Ramlósa i utkwiła wzrok w Erice.<br />
- Czym owo coś miałoby być, nie wiadomo dokładnie. Cel jest po prostu<br />
nieokreślony. Nie jesteście partią polityczną ani żadnym lobby. Nie musicie<br />
postępować lojalnie wobec nikogo innego oprócz siebie samych. Wytykacie społeczeństwu błędy i wkurzacie osoby publiczne, których nie lubicie. Często chcecie dokonywać zmian i wywierać wpływ. Nawet jeśli udajecie, że jesteście cynikami i<br />
nihilistami, to jedynie wasza własna moralność nadaje kierunek tej gazecie, a wiele<br />
fazy widziałam, że to moralność dość szczególna. Nie wiem, jak to nazwać, ale<br />
„Millennium&#8221; ma duszę. To jedyny zarząd, 2 zasiadania w którym naprawdę jestem<br />
dumna.<br />
Harriet zamilkła, cisza trwała dość długo, wreszcie Erika sie zaśmiała.</p>
<p>- Pięknie to brzmi. Ale wciąż nie odpowiedziałaś na pyta. nie.<br />
- Świetnie się czuję w waszym gronie, a członkostwo w tym zarządzie naprawdę<br />
dobrze mi zrobiło. To jedna z najbardziej szalonych i absurdalnych rzeczy, jakich<br />
doświadczyłam. Jeśli chcecie, żebym została, to chętnie zostanę.<br />
- No dobra &#8211; powiedział Christer. &#8211; Gadaliśmy i gadaliśmy, i jesteśmy całkowicie<br />
zgodni. Zrywamy dzisiaj kontrakt i wykupujemy cię.<br />
Oczy Harriet rozszerzyły się odrobinę.<br />
- Chcecie się mnie pozbyć?<br />
- Gdy podpisywaliśmy ten kontrakt, mieliśmy nóż na gardle. Żadnego wyboru.<br />
Już wtedy zaczęliśmy odliczać d i do momentu, kiedy będziemy mogli wykupić<br />
udziały Henrika Vangera.<br />
Erika otworzyła teczkę, wyjęła papiery na stół i podsunęła je Harriet razem z<br />
czekiem wystawionym z dokładnością do korony na sumę, jaką Harriet wcześniej<br />
podała. Harriet Vanger przejrzała kontrakt. Bez słowa wzięła ze stołu długopis i<br />
podpisała.<br />
- Otóż to &#8211; powiedziała Erika. &#8211; Załatwiliśmy sprawę bezboleśnie. Chciałabym<br />
podziękować Henrikowi Vangerowi za miniony czas i za wkład, jaki wniósł w rozwój<br />
„Millennium&#8221;. Mam nadzieję, że mu to przekażesz&#8230;&#8221;</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>W kolejnej, po &#8222;Mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet&#8221;, części trylogii  Millennium główną bohaterką jest Lisbeth Salander. Seria dramatycznych  wypadków wywołuje u Lisbeth wspomnienia mrocznej przeszłości, z którą  raz na zawsze postanawia się rozprawić. Dwoje dziennikarzy, Dag i Mia,  docierają do niezwykłych informacji na temat rozległej siatki  przemycającej z Europy Wschodniej do Szwecji ludzi wykorzystywanych w  branży seksualnej. Wiele zamieszanych w to osób piastuje odpowiedzialne  funkcje w społeczeństwie. Kiedy Dag i Mia zostają brutalnie zamordowani,  a podejrzenia zostają skierowane na Lisbeth Salander, Blomkvist  postanawia przeprowadzić własne śledztwo. Wkrótce odkrywa związek między  morderstwami i sprawą przemytu. Straszliwego Zalę, którego nazwisko  wciąż pojawia się w trakcie śledztwa, łączy też coś z niejaką Lisbeth  Salander&#8230;</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Tytuł oryginału FLICKAN SOM LEKTE MED ELDEN<br />
Redakcja Elwira Wyszyńska<br />
Skład i łamanie Marcin Labus<br />
Korekta Paulina Martela Ewa Jastrun<br />
Copyright © Stieg Larsson 2006 First published by Norstedts, Sweden, in 2006. The<br />
text published by agreement with Norstedts Agency.<br />
Copyright © for the cover illustration by Norma Communication<br />
Copyright © for the Polish edition by Jacek Santorski &amp; Co Agencja Wydawnicza,<br />
2009<br />
Wydanie I<br />
Jacek Santorski &amp; Co Agencja Wydawnicza Sp. z o.o. ul. Alzacka 15a, 03-972<br />
Warszawa e-mail: wydawnictwo@jsantorski.pl Dział handlowy: tel. (022) 616 29 36,<br />
616 29 28 faks (022) 433 51 51 Zapraszamy do naszego sklepu internetowego:<br />
www.jsantorski.pl<br />
Druk i oprawa Opolgraf S.A.<br />
ISBN 978-83-7554-090-1</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://booksland.com.pl/index.php/2011/10/18/stieg-larsson-dziewczyna-ktora-igrala-z-ogniem/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Stieg Larsson &#8211; Zamek z piasku, który runął</title>
		<link>http://booksland.com.pl/index.php/2011/09/24/stieg-larsson-zamek-z-piasku-ktory-runal/</link>
		<comments>http://booksland.com.pl/index.php/2011/09/24/stieg-larsson-zamek-z-piasku-ktory-runal/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 23 Sep 2011 22:39:46 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Jacek</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kryminał]]></category>
		<category><![CDATA[Sensacja]]></category>
		<category><![CDATA[Stieg Larsson]]></category>
		<category><![CDATA[Thriller]]></category>
		<category><![CDATA[Ekranizacja]]></category>
		<category><![CDATA[sensacja]]></category>
		<category><![CDATA[thriller]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://booksland.com.pl/?p=470</guid>
		<description><![CDATA[Para szwedzkich pisarzy – Maj Sjöwall i Per Wahlöö, która tworzyła w latach 60. i 70. cykl kryminałów z Martinem Beckiem, nazywana jest matką i ojcem skandynawskiego kryminału. Utalentowanych „dzieci” doczekali się cały zastęp, a jednym z najbardziej obiecujących bez wątpienia był zmarły w 2004 r. Stieg Larsson.W „Zamku z piasku, który runął”, ostatniej części trylogii „Millennium”, Larsson chyba najmocniej skorzystał z wzorca kryminału publicystycznego, który [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignleft" src="http://i362.photobucket.com/albums/oo70/nessi260486/okladka-450a-6.jpg" alt="" width="210" height="323" /></p>
<p>Para szwedzkich pisarzy – Maj Sjöwall i Per Wahlöö, która tworzyła  w latach 60. i 70. cykl kryminałów z Martinem Beckiem, nazywana jest  matką i ojcem skandynawskiego kryminału. Utalentowanych „dzieci”  doczekali się cały zastęp, a jednym z najbardziej obiecujących bez  wątpienia był zmarły w 2004 r. Stieg Larsson.W „Zamku z piasku, który  runął”, ostatniej części trylogii „Millennium”, Larsson chyba najmocniej  skorzystał z wzorca kryminału publicystycznego, który wypracowali  Sjöwall i Wahlöö. „Zamkowi…” zdecydowanie najbliżej jest do thrillera  politycznego, ukazującego mechanizmy władzy i specyfikę działania  rozmaitych służb.<span id="more-470"></span></p>
<p>A to wszystko na przykładzie zderzenia losów  pojedynczej obywatelki, która dostaje się w tryby państwowej machiny,  a którą jest znana z poprzednich części cyklu Lisbeth Salander. Akcja  „Zamku&#8230;” startuje od wydarzeń, którymi Larsson zamknął powieść  poprzednią. Lisbeth po krwawej konfrontacji ze swoim ojcem, byłym  sowieckim agentem, trafia do szpitala w bardzo ciężkim stanie.  Pomagający jej dziennikarz Mikael Blomkvist przekazuje policji  informacje na temat niezgodnych z prawem działań rządowych służb.  Zaczyna się niebezpieczna gra.</p>
<p>Trylogię Larssona chwalono za  precyzję kryminalno-sensacyjnych intryg, wielowątkowość narracji,  psychologiczne portrety czy trafność społecznych diagnoz. Nieomal  powszechnie uznano, że trzecia część trylogii jest zdecydowanie  najlepsza. Nie będę oryginalny – też tak myślę. I tylko szkoda, że  kolejnej już nie będzie.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Dwie ciężko  ranne osoby zostają przywiezione do izby przyjęć szpitala Sahlgrenska w  Goeteborgu. Jedną z nich jest Lisbeth Salander, poszukiwana listem  gończym i podejrzana o podwójne morderstwo. Jest w ciężkim stanie, ma  ranę postrzałową głowy, musi natychmiast być operowana. Druga osoba to  Alexander Zalachenko, starszy mężczyzna, któremu Salander zadała cios  siekierą.</p>
<p>Trzecia i ostatnia część trylogii milenijnej zaczyna się w miejscu, w  którym skończyła się „Dziewczyna, która igrała z ogniem”. Lisbeth  Salander przeżyła pogrzebanie żywcem, ale jej problemy wcale się jeszcze  nie kończą. Zalachenko jest dawnym profesjonalnym zabójcą na usługach  sowieckich służb specjalnych. Ponadto jest ojcem Salander, a jego syn  próbuje teraz zabić dziewczynę. Potężne siły chcą uciszyć Lisbeth  Salander raz na zawsze.</p>
<p>Równocześnie Mikael Blomkvist szpera w ukrytej przeszłości Lisbeth  Salander i wkrótce trafia na ślad prawdy. Pisze demaskatorski reportaż,  który ma oczyścić Lisbeth Salander i wstrząsnąć w posadach rządem, Säpo i  całym krajem. Nareszcie Lisbeth Salander otrzymuje szansę, by rozprawić  się ze swą przeszłością. Jest to także szansa, by sprawiedliwość – ta  prawdziwa – mogła w końcu zwyciężyć.</p>
<div>
</div>
<p>&nbsp;</p>
<p>&#8222;Usiadł na hotelowym krześle i rozejrzał się dokoła. Włączył telewizor, ale ściszył tak, żeby nic nie słyszed. Zastanawiał i czy nie zadzwonid do recepcji i nie zamówid kawy, ale stwierdził, że jest już za późno. Otworzył więc barek i na-lał sobie miniaturkę johnniego walkera z kilkoma kroplami wody. Przejrzał gazety, dokładnie czytając wszystkie doniesienia o poszukiwaniach Ronalda Niedermanna i Lisbeth Salander. Potem wyjął notatnik w skórzanej okładce i zrobił kilka notatek.<br />
BYŁY DYREKTOR BIURA służb specjalnych Evert Gullberg miał siedemdziesiąt osiem lat i oficjalnie od czternastu lat był na emeryturze. Ale jak to bywa z dawnymi szpiegami &#8211; nigdy nie umierają, tylko odchodzą pomiędzy cienie.<br />
Kiedy miał dziewiętnaście lat, tuż po zakooczeniu wojny, planował karierę w marynarce. Odbył służbę wojskową jako kadet, potem został przyjęty na szkolenie oficerskie. Ale zamiast tradycyjnie wysład go na morze, jak się spodziewał, kierownictwo floty umieściło go w służbie informacyjnej marynarki w Karlskronie. Rozumiał wagę swojego zadania, które polegało na obserwowaniu tego, co działo się po drugiej stronie Bałtyku. Lecz i tak uważał tę pracę za nudną i nieciekawą. W wojskowej szkole tłumaczy nauczył się rosyjskiego i polskiego. Między innymi dzięki znajomości tych języków został w 1950 roku zwerbowany do służb specjalnych. Było to w czasie, kiedy trzeciemu wydziałowi policji paostwowej szefował nieskazitelnie uczciwy Georg Thulin. Kiedy Gullberg zaczynał pracę, cały budżet służb specjalnych wynosił około dwóch milionów siedmiuset tysięcy koron, a personel liczył dokładnie dziewięddziesiąt sześd osób.<br />
Kiedy w 1992 roku oficjalnie odchodził na emeryturę- budżet Sapo wynosił nieco ponad trzysta pięddziesiąt m&#8217;lionów koron. Nie wiedział nawet, ilu firma zatrudnia<br />
Pracowników.Cale życie pracował w tajnej służbie Jego Wysokości, czy raczej w tajnej służbie socjaldemokratycznego „domu ludu&#8221;. Była w tym pewna ironia, gdyż w każdych wyborach wiernie głosował na partię Moderata, oprócz roku 1991, kiedy to świadomie oddał głos przeciwko moderatom. Uważał bowiem, że wybór Carla Bildta oznacza katastrofę dla Realpo-litik. Wbrew sobie zagłosował na Ingvara Carlssona. Lata rządów najlepszego rządu Szwecji potwierdziły jego najgorsze obawy. Rząd moderatów objął władzę w chwili, gdy Związek Radziecki się rozpadał, a zdaniem Gullberga trudno było 0 rząd gorzej przygotowany do stawienia czoła tej sytuacji i wykorzystania nowych politycznych możliwości agentury, jakie pojawiły się na Wschodzie. Rząd Bildta tymczasem z powodów ekonomicznych ograniczył działalnośd biura do spraw sowieckich i postawił na międzynarodowe przepychanki w Bośni i Serbii &#8211; jakby Serbia kiedykolwiek zagrażała Szwecji. W rezultacie udaremnione zostały długofalowe plany umieszczenia w Moskwie informatorów, chod z chwilą kiedy klimat znów się będzie ochładzał &#8211; co zdaniem Gullberga było nieuniknione &#8211; znowu pojawią się nierealne żądania polityków wobec służb specjalnych i wojskowych służb informacyjnych, co najmniej jakby mogły one wyciągad agentów z kapelusza na każde żądanie.<br />
GULLBERG ROZPOCZĄŁ KARIERĘ w biurze do spraw sowieckich w trzecim wydziale policji państwowej i po dwóch latach za biurkiem podjął pierwszą ostrożną próbę działania w terenie &#8211; jako attaché lotnictwa w randze kapitana w ambasadzie szwedzkiej w Moskwie w latach 1952-1953. Co ciekawe, szedł śladem innego znanego szpiega. Kilka lat wcześniej jego posadę zajmował cieszący się znaczną sławą oficer lotnictwa pułkownik Stig Wennerstróm&#8230;</p>
<p>Wymagało to z kolei zaostrzenia wewnętrznej kontroli bezpieczeostwa &#8211; tajna policja nie mogła dłużej byd zamkniętym klubem składającym się z dawnych oficerów, w którym każdy znał każdego, a najczęstszą przesłanką przy zatrudnianiu nowych osób był fakt, że ojciec też był oficerem.<br />
W 1963 roku Gullberg został przeniesiony z kontrwywiadu do kontroli personalnej, której znaczenie znacznie wzrosło po zdekonspirowaniu Stiga Wennerstróma. W tym czasie powstały fundamenty rejestru poglądów, który pod koniec lat sześddziesiątych obejmował ponad trzysta tysięcy szwedzkich obywateli o niemile widzianych sympatiach politycznych. Ale kontrola mieszkaoców Szwecji ogólnie to była jedna sprawa &#8211; inny problem stanowiła kwestia, jak zapewnid bezpieczeostwo w RPS/Sak.<br />
Wennerstróm uruchomił w tajnej policji lawinę wewnętrznych problemów. Skoro pułkownik w Sztabie Obrony mógł pracowad dla Rosjan &#8211; ponadto był także doradcą rządu do spraw energii jądrowej i polityki bezpieczeostwa &#8211; skąd można było mied pewnośd, że Rosjanie nie mieli podobnie centralnie ulokowanego agenta w służbie bezpieczeństwa? Kto mógł zagwarantowad, że szefowie najwyższych i pośrednich szczebli w Firmie nie pracowali dla Rosjan? Krótko mówiąc &#8211; kto miał szpiegowad szpiegów?<br />
W sierpniu 1964 roku Gullberg został wezwany na popołudniowe zebranie do zastępcy szefa służby bezpieczeostwa, dyrektora biura Hansa Wilhelma Franckego. W spotkaniu uczestniczyły ponadto dwie osoby z kierownictwa Firmy &#8211; zastępca szefa kancelarii i dyrektor finansowy. Zanim dzieo dobiegł kooca, życie Gullberga zyskało nowy sens. Stał się wybraocem. Otrzymał funkcję szefa nowo powstałego wydziału o roboczej nazwie Sekcja Specjalna, w sierocie SS. Jego pierwszą decyzją była zmiana nazwy na Sekcję Analiz. Ta utrzymała się przez kilka minut, póki szef budżetu nie zauważył, że skrót SA nie jest wiele lepszy od SS&#8230;&#8221;</p>
<p>STIEG LARSSON<br />
ZAMEK Z PIASKU, KTÓRY RUNĄŁ<br />
Przełożyła Alicja Roseneau<br />
Wydawnictwo Czarna Owca Warszawa 2009<br />
Tytuł oryginału LUFTSLOTTET SOM SPRÄNGDES<br />
Redakcja Grażyna Mastalerz<br />
Skład i łamanie Marcin Labus<br />
Korekta Małgorzata Denys<br />
Copyright © Stieg Larsson 2007 First published by Norstedts, Sweden, in 2007. The text published by agreement with Norstedts Agency.<br />
Copyright © for the cover illustration by Norma Communication<br />
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2009<br />
Wydanie I<br />
Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. (dawniej Jacek Santorski &amp;. Co Agencja Wydawnicza) ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa e-mail: wydawnictwo@czarnaowca.pl Dział handlowy: tel. (022) 616 29 36 faks (022) 433 51 51<br />
Zapraszamy do naszego sklepu internetowego: www.czarnaowca.pl<br />
Druk i oprawa Opolgraf S.A.<br />
ISBN 978-83-7554-127-4</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://booksland.com.pl/index.php/2011/09/24/stieg-larsson-zamek-z-piasku-ktory-runal/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

